Blackmetalowiec Fenriz z zespołu Darkthrone, jednego z najważniejszych przedstawicieli norweskiego black metalu, wpisał się na listę wyborczą do rady miasta, bo jego znajomi mieli kłopoty z jej domknięciem. Startował z ostatniego miejsca i… wygrał, choć na plakatach, które sam rozwieszał, prosił, by na niego nie głosować. Fenomen black metalu w krajach skandynawskich jest po prostu nie do ogarnięcia.

Skandynawia dla jednych może jawić się jako raj, dla innych będzie urzeczywistnionym koszmarnym snem narodowca. Nie zmienia to jednak faktu, że wedle większości wskaźników gospodarczych, to właśnie w tych północnych krajach ludziom żyje się najlepiej. Co ciekawe, jednym z takich wskaźników jest liczba zespołów heavy metalowych przypadająca na jednego mieszkańca. To w Skandynawii ten wskaźnik jest najwyższy.

Czytaj: USA. Muzycy protestują przeciw wykorzystywaniu ich dzieł w kampanii

Jak zauważyli Richard Florida i Charlotta Melander:

„Liczba zespołów metalowych jest powiązana z poziomami przedsiębiorczości, kreatywności, wykształcenia, czy dobrobytu w danym państwie. Im wyższe poziomy, tym więcej kapel.

Do takiego wniosku doprowadziły ich badania – pierwotnie dotyczyły jedynie statystyki – liczby zespołów metalowych na świecie, później przekształciły się w analizę zależności między jakością życia w danym państwie, a liczbą ciężkich zespołów przypadających na jednego mieszkańca.

Black metal – jeden z najbardziej ekstremalnych gatunków muzycznych – jest immanentnie związany przede wszystkim z Norwegią. Nurt rozprzestrzenił się tam na początku lat 90-tych dzięki takim zespołom tzw. „drugiej fali” jak Mayhem, Darkthrone, Burzum, Immortal, czy Emperor.

Powiedzieć, że było w nich dużo buntu i kontestacji zastanej rzeczywistości to  mało. Za członkami zespołów ciągnęły się tak drastyczne epizody jak morderstwa, samobójstwa i podpalenia kościołów. Przy tym wszystkim (i tu wracamy do kwestii badanych przez Floridę i Melander), zespoły metalowe były i są bardzo wspierane przez państwo przeciw któremu tak się buntowały – na przykład poprzez granty, czy występy na popularnych festiwalach (wyobraźmy sobie występ rodzimego Behemotha na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, poprzedzony wręczeniem dużego czeku od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego za wspieranie polskiej kultury za granicą i będzie wiadomo o co chodzi 🙂 ).

Niedawne wydarzenia pokazały jak zabawnie potoczył się los jednego z pionierów gatunku. Niejaki Fenriz, połowa duetu Darkthrone, między nagrywaniem kolejnych albumów zespołu (14 października ukaże się najnowszy – Arctic Thunder) jest sympatycznym pracownikiem norweskiej poczty z dwudziestopięcioletnim stażem. Jego sielskie życie przerwała jednak wiadomość, że wbrew własnej woli został właśnie wybrany do rady miasta Kolbotn.

Jak można zostać wybranym wbrew własnej woli? Otóż Leif Gylve Nagell, bo tak naprawdę nazywa się Fenriz, został poproszony o wpisanie się na listę kandydatów, tak żeby w odpowiednim terminie ją domknąć. Miał startować z 18 miejsca i był pewny, że nie ma szans na zwycięstwo, więc zgodził się. I wszystko potoczyłoby się zgodnie z planem, gdyby nie popełnił jednego kluczowego błędu. Rozwiesił na ulicach miasta „plakaty wyborcze” – swoje zdjęcie z kotem i z dopiskiem „Proszę, nie głosujcie na mnie”.

Jak można się domyślić, ludzie byli tak rozbawieni kampanią muzyka, że postanowili oddać głos właśnie na niego. I tak oto znany norweski buntownik został na cztery lata lokalnym politykiem.

Fot. Materiały zespołu.

Autor: Maciej Rodkiewicz/MiP

Źródła: Metalsucks, CityLab

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *