Przemysł muzyczny doświadcza gwałtownego wzrostu zainteresowania płytami winylowymi. W odpowiedzi na ten trend, giganci biznesu powrócili do starych praktyk i starają się zarzucić rynek wznowieniami klasyków rocka, co może przynieść odwrotny skutek do pożądanego, czyli zniszczyć płytę winylową już ostatecznie – twierdzi w głośnym tekście Thaddeus Herrmann opublikowany na łamach niemieckiego magazynu „Das Filter”

Nieprzyzwyczajone do nagłego zwiększania produkcji, tłocznie winyli dostają zadyszki. Drogie materiały, wiedza ekspercka i przestarzałe metody produkcji opóźniają dostawy. Nie brakuje także problemów z jakością samych krążków.

Hermann twierdzi, że dla „niskonakładowych, niezależnych marek, którym udało się przetrwać ostatnie dwie trudne dekady niepodzielnej dominacji płyt CD, nagłe odwrócenie się trendów oznacza więcej problemów, niż okazji na zysk. Można nawet powiedzieć, że wskutek zaistniałej sytuacji, ich przetrwanie może być bardziej zagrożone, niż kiedykolwiek wcześniej”.

Dlaczego?

W 1982 roku tańsze w produkcji płyty kompaktowe niemal całkowicie wyparły winyle z rynku. Łatwe i szybkie w produkcji płyty CD szybko stały się nowym standardem. Nastawione na zyski i optymalizację produkcji największe koncerny muzyczne ignorowały głosy audiofilów, przekonujących o wyższości brzmienia analogowego nad cyfrowym. Tłocznie winyli padały jedna po drugiej, a na kontynuowanie produkcji decydowali się jedynie najwytrwalsi pasjonaci. Jasne było, że w tak niszowym biznesie nikt przy zdrowych zmysłach nawet nie marzy o wprowadzeniu nowych rozwiązań technologicznych, czy unowocześnieniu procesu produkcji czarnego krążka. Winyle były retro i takie by pozostały, gdyby kilka lat temu nagle nie powróciła na nie moda.

Czytaj: Duże wytwórnie nie nadążały z zamówieniami. Otworzył własną produkcję.

Renesans rynku winylowego spowodował, że nagły wzrost zamówień na czarne krążki zderzył się technologicznymi zaszłościami. Przykładowo – lakier nanoszony na płytę w jednej z pierwszych faz produkcji jest produkowany obecnie przez… dwie firmy na świecie.

– Jest więc maleńka firma z Japonii należąca do starszego pana, który sam wytwarza lakier w swoim garażu. Kiedy się z nim kontaktujemy, staramy się zamówić tyle towaru, ile tylko możemy, biorąc pod uwagę możliwości produkcyjne starszego pana i pojemność naszych magazynów. Nie wiemy przecież jak długo nasz dostawca będzie mógł i przede wszystkim chciał się zajmować tą działalnością. Drugą firmą jest gigant monopolista z USA. Taka sytuacja nie jest oczywiście dobra dla branży – mówi Andreas Lubich, dźwiękowiec i ekspert w branży winyli z Berlina.

– Inna sprawa to sama technika tłoczenia płyt. W 2013 roku Optimal Media, europejski gigant produkcji płyt, wprowadził na rynek nowe prasy do tłoczenia winyli. Miał ułatwić produkcję płyt i spowodować lepszą dostępność do tłoczni. Naprawdę wierzyliśmy, że ten sprzęt ułatwi produkcję – wspomina Jens Alder z berlińskiej tłoczni płytowej Morr Music. Tak się jednak nie stało. Dość szybko okazało się, że wskutek błędu technicznego nowe prasy nie mają dostatecznie dużej mocy, przez co tłoczone przez nie płyty są wybrakowane. Rozwiązanie tego problemu zajęło trochę czasu. To jednak zwiększyło już istniejące opóźnienia w produkcji czarnych krążków.

vinylooowo

Tak naprawdę nie chodzi jednak o problem z prasami, ale o galwanotechnikę – twierdzi z kolei Silke Maurer z wytwórni Handle With Care. Sprawa polega na tym, że w przeciwieństwie do płyty CD, której produkcja jest w całości zautomatyzowana, proces powstawania jednego matrycy do czarnego krążka jest długi i iście rzemieślniczy i może trwać nawet cztery miesiące (!).

Wspomniana galwanotechnika to nic innego, jak jeden z najbardziej spowalniających całą produkcję etapów, polegający na pokrywaniu metalową warstwą lakierowanego dysku, służącego do wykonania kopii. Kopie te stają się następnie matrycami do tłoczenia płyt. Proces ten wymaga udziału wyspecjalizowanych pracowników, których obecnie nie ma już tak wielu. Maszyny i metody produkcji są przestarzałe, wyglądają jak wyjęte z muzeum.

Dużo wcześniej należało unowocześnić technikę produkcji winyli, zwłaszcza jeśli chodzi o galwanotechnikę – podsumowuje Silke Maurer.

To jednak nie koniec – nagła moda na winyle spowodowała kolejną pobudkę międzynarodowych koncernów muzycznych, które w latach 90. walnie przyczyniły się do niemal całkowitego zniszczenia rynku winyli, a teraz dążą do ponownego nad nim panowania, sprzedając wznowienia rockowych klasyków w rodzaju Led Zeppelin. Co to oznacza dla małych wytwórni, dzięki którym ten rynek w ogóle przetrwał?

Czytaj: Wieści z rynku rok 2014. Rządzą winyle.

By zabezpieczyć miejsce w kolejce dla swoich zleceń, wielkie koncerny płacą tłoczniom z góry, co powoduje, że mniejsze firmy nie mają cienia szansy realizacji swoich zamówień na czas. Zdaniem Herrmanna moda i popyt na winylowe wznowienia dinozaurów rocka, które w znacznym stopniu wywołały zaistniały kryzys, nie powinny potrwać długo. Z drugiej jednak strony trudno określić jednak będą konsekwencje tej sytuacji dla niezależnych marek i artystów, którzy nie ulegli chwilowej modzie, ani nie postrzegają winylu jako fetyszu, czy maszynki do robienia pieniędzy,. Gdyby miało się jednak okazać, że cały przemysł płytowy zakrztusi się tym, co ugryzł i nie był w stanie przełknąć, byłby to bardzo niewłaściwy koniec winyli.

Oryginalny tekst autorstwa Thaddeusa Herrmanna został opublikowany 7 maja 2015 r. na łamach niemieckiego magazynu Das Filter.

Źródło: Factmag

Fot. Marc Wathieu/Flickr lic. CC-BY SA

One Response to Dlaczego boom na winyle może na zawsze zniszczyć winyle? Znowu te koncerny

  1. Gramofonia says:

    Reedycje niestety nie zawsze są tak samo dobre jak stare tłoczenia. Spotkaliśmy nie raz takie współczesne wydania, na których absolutnie niczego nie słychać. Nie generalizujemy ale trzeba uważać na współczesne reedycje i raczej kupować oryginały, jeśli są w dobrej jakości i cenie.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *