Muzycy, którzy odnieśli artystyczny sukces – czy to z zespołem, czy solo – często zaczynają myśleć o odkrywaniu nowych brzmieniowych horyzontów, o pójściu w nieoczekiwanym kierunku, na który nie mogliby sobie pozwolić pod macierzystym szyldem. Jeszcze lepiej, gdy koleje losu pozwolą im połączyć siły z muzykami z zupełnie innej artystycznie bajki, którzy też poszukują nowych wyzwań.

Muzyczna prasa uwielbia wrzucać takie projekty do szufladki pod nazwą “supergrupy”, i choć jest to określenie bardzo na wyrost, a często też po prostu zupełnie niepasujące do np. dwuosobowego projektu wykonującego eksperymentalną muzykę elektroniczną, to jednak zgrabnie spina klamrą całe zjawisko.

Bezspornym pierwowzorem każdej współczesnej supergrupy jest zespół Cream. Trio założyli w 1966 r. Eric Clapton (już wtedy był powszechnie uznany za gitarowe bóstwo, które przypadkiem zstąpiło pomiędzy maluczkich), Jack Bruce (znany m.in. z zespołu Manfred Mann) i Ginger Baker (szalony wirtuoz perkusji z Graham Bond Organisation). Właśnie ta trójka odcisnęła silne piętno na muzyce końca lat 60-tych, ich brzmienie zakończyło lata beztroskiej niewinności rocka, a ciężkie bluesowe riffy Cream twórczo zainspirowały m.in. muzyków z grupy Black Sabbath – krótko mówiąc, stworzyli podwaliny dla rodzącego się powoli heavy metalu.

Prawdziwą muzyczną perełką wśród supergrup jest zespół o nazwie The Dirty Mac. Poza największymi zapaleńcami, niewielu słyszało o tym projekcie i jego jednorazowym występie uwiecznionym w telewizyjnym programie The Rolling Stones Rock and Roll Circus (nagranym w 1968 r.). A jest co oglądać. Kwartet tworzyli John Lennon, Eric Clapton, Keith Richards i Mitch Mitchell (to jedyne nazwisko, które pewnie trzeba przedstawić szerszemu odbiorcy – Mitchell był perkusistą zespołu The Jimi Hendrix Experience), a ich bluesowy jam uzupełniała szalonymi jak zawsze wokalizami Yoko Ono.


Siły łączyli nie tylko artyści poruszający się po meandrach muzyki popularnej. Ciekawym przykładem jest tutaj wspólny występ Krzysztofa Pendereckiego i jazzowego muzyka Dona Cherry, który uwieczniony i wydany na płycie w 1974 r., stanowi fantastyczny dowód na to, że z powodzeniem można połączyć współczesną muzykę poważną i awangardowy jazz.

Do dzisiaj ukazały się dziesiątki, jeśli nie setki efektów współpracy artystów wywodzących się z różnych środowisk muzycznych. Jedne odniosły wielkie sukcesy, inne zupełnie nie spełniły pokładanych w nich nadziei. Zdarzały się jednak w historii przypadki, że do wcześniej planowanej, czy nawet zapowiadanej oficjalnie współpracy ostatecznie nie doszło i nigdy nie dowiemy się, jak potoczyłaby się historia, gdyby stało się inaczej.

Oto dziewięć przykładów muzycznej współpracy artystów, do której miało dojść, ale jej efektów z różnych względów nigdy nie usłyszymy.

1. Wu-Tang Clan i Björk

Ciężko wyobrazić sobie wykonawców bardziej odległych stylistycznie niż Wu-Tang Clan i Björk. Wu-Tang Clan to legendy świata hip hopu. Na początku lat 90-tych stworzyli nowy kanon, który popchnął dziesiątki dzieciaków do spróbowania swych sił przed mikrofonem. Mocno inspirowali się orientem, tworzyli surrealistyczne teksty, podkreślane zakręconą muzyką. W grupie działało dziewięciu artystów, z których właściwie każdy odniósł później sukcesy solowe.

bjork_-_hurricane_festival

Enigmatyczna Björk pochodzi z Islandii, a jej dziwaczna osobowość może niektórych odpychać. Jej muzyka – eteryczna, bardzo charakterystyczna – niektórzy powiedzą, że pretensjonalna, wprowadziła świat w brzmienia typowe dla wykonawców z zimnej wyspy i otworzyła drogę do międzynarodowej kariery m.in. takim grupom jak Sigur Rós. W 1997 roku ukazał się jej album Homogenic, do dzisiaj uważany za najlepszy, w założeniu eksperymentalna płyta miała opisywać krajobraz Islandii. I niewiele brakowało, a powstałaby we współpracy z Wu-Tang Clan. Podobno hiphopowcy mieli uczestniczyć w sesji nagraniowej w Hiszpanii. Niestety nieoczekiwanie przeciągnęły się prace nad ich własną płytą “Wu-Tang Forever” i do studia w Maladze nie dojechali. Można tylko wyobrazić sobie w jaki sposób wpłynęliby na ostateczny kształt Homogenic.

Björk pozostała jednak znaczącą inspiracją dla świata hip hopu – dowodem płyta Niggas on the Moon eksperymentalnej hiphopowej grupy Death Grips. Wszystkie instrumentacje na albumie stworzone zostały przy pomocy automatu perkusyjnego i… wysamplowanego i poszatkowanego głosu Björk.

2. Michael Jackson i… Freddie Mercury / Prince / Madonna

Zarówno Król Popu, zmarły w zeszłym roku Prince, czy nieodżałowany Freddie Mercury zostawili po sobie setki nieopublikowanych nagrań (podobno Prince miał pod swoją posiadłością cały skarbiec wypełniony nieopublikowanymi nagraniami, których starczyłoby na wydawanie zupełnie nowych płyt muzyka co roku przez kolejne sto lat), czy wśród nich odnajdą się kiedyś i zostaną opublikowane duety, które artyści nagrali w tajemnicy przed światem? Co jakiś czas wypływają na światło dzienne piosenki Jacksona i Mercurego – choćby „There Must Be More to Life Than This”, która oficjalnie pojawiła się stosunkowo niedawno na składance Queen Forever. Podobno sesja, w czasie której powstał ten utwór, mogła być dużo bardziej owocna. Niestety, ekscentryczny Jackson upierał się, żeby pojawiać się w studiu z… lamą, czego nie mógł zdzierżyć Mercury.

Z kolei stosunki Jacksona z Princem to dość enigmatyczna kwestia. Z jednej strony tajemnicą poliszynela jest, że artyści za sobą – delikatnie mówiąc – nie przepadali, ba istniała między nimi dość ostra rywalizacja, wskazuje na to wiele ich publicznych wypowiedzi. Z drugiej strony mieli okazję do wspólnych nagrań aż trzy razy. Po raz pierwszy planowali we dwóch zaśpiewać hit Jacksona pt. “Bad”. Niestety żaden z nich nie chciał pójść na ustępstwo – poszło o  pierwszą linijkę tekstu: „Your butt is mine” – który z artystów miałby ją zaśpiewać do którego?

Kolejną okazją do współpracy był komiksowy film Tima Burtona „Batman”. Pierwotnie reżyser zaproponował by piosenki do kinowego przeboju Prince napisał wspólnie z Jacksonem, jednak ze względu na zobowiązania koncertowe, Jackson nie mógł w tym przedsięwzięciu uczestniczyć, Prince napisał całą płytę sam. Wbrew zdrowemu rozsądkowi (funkowe przeboje o Batmanie?) okazała się być dużym sukcesem. Za trzecim razem Jackson zaprosił Prince`a do studia tuż po nagraniu albumu “History” z propozycją napisania duetu, długo dyskutowali o wizji artystycznej, ale nie doszli do porozumienia i do nagrań kolejny raz nie doszło.

Na koniec Madonna. Miała zaśpiewać z Jacksonem utwór “In the Closet”, jednak Jacksonowi nie spodobał się kierunek, w jaki próbowała go przeciągnąć, chciała, by kawałek był bardziej seksowny, by pasował do jej ówczesnego wizerunku. Król Popu na to się nie zgodził, uważał, że jej wizja może sugerować, że jest ukrytym homoseksualistą. Nie wiadomo, czy po wspólnej pracy w studiu pozostały jakieś nagrania, koniec końców w “In the Closet” wystąpiła księżna Stefania z Monako (w klipie wideo jej partie podmieniono, zastąpiła ją Naomi Campbell).

Jacksonowi wyszła z kolei współpraca z Paulem McCartneyem, choć lepiej wyszedł na tym Jackson, który po spotkaniach z Paulem zaczął skupować prawa autorskie różnych wytwórni dostrzegając w nich potencjał biznesowy, do tego stopnia, że w latach `80 przejął prawa do największych hitów The Beatles.

3. Bob Dylan, The Beatles i The Rolling Stones

Glyn Johns – znany producent i inżynier dźwięku – jest autorem książki „Sound Man”. Zebrał w niej najciekawsze anegdoty ze swojej 50 letniej kariery. Johns przytacza między innymi zaskakujące spotkanie z zeszłorocznym laureatem literackiej nagrody Nobla. Latem 1969 roku spotkał Boba Dylana na nowojorskim lotnisku, porozmawiali chwilę o pracy Johnsa nad albumem The Beatles, a także nagraniach The Rolling Stones, po czym muzyk wypalił niespodziewanie, że myślał o nagraniu płyty wspólnie z liverpoolską czwórką i autorami „Satisfaction”. Oba zespoły były w tamtym czasie na absolutnym topie, a udział w doprowadzeniu do spotkania w studiu nagraniowym tylu legendarnych nazwisk był dla Johnsa pokusą nie do odparcia.

Producent szybko skontaktował się z muzykami obu grup, by przedstawić im propozycję Dylana. Niestety, zdecydowanie odmówili Mick Jagger i Paul Mccartney. I w zasadzie o nich rozbiło się całe przedsięwzięcie, bo pozostali byli nastawieni do pomysłu pozytywnie (choć sam John Lennon, mimo że niczego nie wykluczał, podszedł do propozycji Dylana bez entuzjazmu).

Koniec końców, w 1988 roku dostaliśmy namiastkę niedoszłego mariażu gigantów. The Travelling Wilburys obok Dylana współtworzyły same wielkie nazwiska: George Harrison, Roy Orbison, Tom Petty i Jeff Lynne. Ich debiutancki album – „Vol. 1” – odniósł wielki sukces (w tamtym czasie był pierwszym albumem z udziałem Dylana, którego sprzedaż przekroczyła 2 miliony egzemplarzy), a singiel „Handle with Care” podbił listy przebojów.

Drugi album, przewrotnie zatytułowany „Vol. 3” i nagrany bez zmarłego rok wcześniej Orbisona nie cieszył się już taką popularnością. Jakiekolwiek szanse na kolejne nagrania muzyków przekreśliła śmierć Harrisona w 2001 roku.

4. Fryderyk Chopin i Adam Mickiewicz

Prawdopodobnie dwa najważniejsze dla polskiej kultury nazwiska razem? Taka współpraca mogła wywrócić naszą historię do góry nogami, z drugiej strony mogła też obnażyć niedoskonałości Chopina w panowaniu nad wielkimi formami muzycznymi. Dlaczego?

Zacznijmy od początku. Mickiewicz poznał młodszego od siebie o 11 lat kompozytora w Paryżu w 1832 roku. Obaj przenieśli się tam po klęsce powstania listopadowego i wspólnie wstąpili do patriotycznego Towarzystwa Literackiego.

Razem występowali i improwizowali na przeróżnych spotkaniach towarzyskich, darzyli swoją twórczość wielkim szacunkiem, łączyły ich poglądy na rolę artysty, muzyki i literatury w podtrzymywaniu ducha patriotyzmu w obliczu narodowych klęsk. Mickiewicz doceniał elementy polskiej muzyki ludowej w utworach Chopina, a kompozytor nawiązywał w swojej sztuce do dzieł poety.

W końcu Wieszcz zaproponował Chopinowi pracę nad „rodzimą operą narodową”. Mickiewicz podjąłby się stworzenia libretta, pianista miałby oczywiście napisać muzykę. Plotka głosi, że Chopin faktycznie za namową Mickiewicza zaczął pisać operę do jego libretta. Bliższa prawdy jest pewnie teza, że kompozytor był świadom, że jego umiejętności pisania na instrumenty inne niż fortepian nie są wystarczające by podjąć się takiego wyzwania i do pracy nad operą nigdy się nie zabrał. Przedwczesna śmierć Chopina przekreśliła jakiekolwiek szanse na twórczą współpracę z Mickiewiczem.

5. R.E.M. i Nirvana

Może trochę na wyrost użyłem nazw tych dwóch bardzo ważnych grup lat 90-tych, ale szczególnie rozpoznawalnym elementem obu jest głos wokalistów. Czy projekt, do którego  Michael Stipe zaprosił Kurta Cobaina, mógłby zabrzmieć jak nieślubne dziecko “Nevermind” i “Out of Time”?

Wokalista Nirvany od początku przyznawał w wywiadach, że R.E.M to dla niego niezwykle ważny zespół, a wpływ jego wczesnych płyt na brzmienie muzyki Cobaina jest nie do przecenienia. Stipe chętnie przyjął rolę mentora i również wychwalał muzyka z Seattle, zaprzyjaźnili się. Krytycy zaczęli dostrzegać wiele paraleli w przebiegu kariery obu zespołów.

W 1994 roku wokalista R.E.M., podobnie jak wielu innych znajomych Cobaina, zaczął dostrzegać w jak złym stanie jest jego przyjaciel. Uznał, że najlepszą metodą wyciągnięcia Kurta z otchłani będzie pomoc w realizacji jednego z jego skrytych marzeń. Stipe wynajął studio nagraniowe, kupił Cobainowi bilet lotniczy i wysłał po niego kierowcę z propozycją współpracy. Wiązał z tym pomysłem wielkie nadzieje, liczył, że nie tylko uratuje życie muzyka, ale też, że odcięci od świata w studiu, napiszą kawałki, które w jakiś sposób odwrócą uwagę Cobaina od dręczących go demonów.

Tak się oczywiście nie stało. Cobain nie wpuścił do domu kierowcy, nie odbierał też telefonów od Stipe`a. Niedługo później już nie żył. Na kolejnej płycie R.E.M. znalazł się poświęcony Kurtowi utwór “Let Me In”, znamienne też, że cały album nabrał cięższego, bardziej grandżowego charakteru, niż wcześniejsze dokonania muzyków.

6. Elvis i David Bowie

Miłość Davida Bowie do Elvisa Presleya zdążyła obrosnąć legendami, podobno potrafił rzucić z pamięci najmniej znaną ciekawostką, czy datą dotyczącą twórczości Króla. Co ciekawe, artyści dzielili dzień urodzin – 8 stycznia. Dziwi zatem fakt, że poproszony o wyprodukowanie albumu Elvisa – odmówił.

Tak przynajmniej twierdzi piosenkarz country Dwight Yoakam, któremu w 1997 roku zwierzył się Bowie. Prośbę rzekomo skierował do Bowiego sam Elvis zachwycony utworem “Golden Years” (z płyty Station to Station – nota bene, legenda głosi, że był to utwór napisany z myślą o Elvisie, ale koniec końców, nagrał go sam kompozytor). Według Yoakama, telefon od Króla zadzwonił na pół roku przed śmiercią artysty. Presley zmarł w sierpniu 1977 roku, zatem rozmowa musiała się odbyć w okolicach stycznia tego roku. W tym czasie Bowie najprawdopodobniej był w Niemczech, 14 stycznia 1977 roku ukazała się pierwsza część jego tzw. „Berlińskiej Trylogii” – doskonały album Low (z niezapomnianą, piękną Warszawą).

Dla muzycznego kameleona był to czas sukcesów nie tylko komercyjnych. Berlińska współpraca Bowiego z Brianem Eno i wieloletnim producentem Tonym Visconti uznawana jest za szczyt artystycznych osiągnięć muzyka. W tym kontekście ostatnie lata Elvisa jawią się niczym żart. Presley pogrążony był w nałogach, niedopowiedzeniem byłoby stwierdzenie, że nie dopisywało mu zdrowie, był otyły, ledwo dawał radę koncertować, a jego albumy nie cieszyły się powodzeniem. Presley mógł widzieć ratunek dla swojej kariery we współpracy z młodą gwiazdą. Niestety przedwczesna śmierć uniemożliwiła dalsze próby zaangażowania Bowiego i przekreśliła wszelkie szanse na tak niecodzienną współpracę. Bowie w czasie swojej kariery chętnie pomagał przyjaciołom w studiu. Wyprodukował między innymi albumy Lou Reeda i Iggy Popa.

7. Charlie ‘Bird’ Parker i Moondog 

Z jednej strony – Charlie”Bird” Parker – wielki trębacz, uważany za ojca bebopu. W świadomości nieobeznanej z jazzowym kanonem współczesnej publiczności zaistniał dzięki anegdocie, która dla głównego bohatera Oskarowego filmu Whiplash z 2014 roku stanowiła spiritus movens przemiany z ambitnego studenta muzyki w geniusza perkusji. W 1937 roku Parker grał improwizowany koncert z orkiestrą Count Basiego. Legenda mówi, że muzyk nie nadążał za zmianami harmonicznymi. Wtedy perkusista zespołu – Jo Jones – rzucił w niego talerzem ze swojego zestawu i wyrzucił go ze sceny – Parker nie zniechęcił się, zniknął na rok, cały ten czas poświęcając na ćwiczenie gry na saksofonie. Gdy wrócił, odmienił oblicze muzyki jazzowej. Miles Davis mawiał, że historię jazzu można zmieścić w czterech słowach “Louis Armstrong, Charlie Parker”.

charlie_parker

Fot: William P. Gottlieb

Z drugiej strony Louis Thomas Hardin. Kompozytor, bardziej znany pod pseudonimem Moondog, mimo że nigdy nie zaistniał w powszechnej świadomości, był źródłem inspiracji dla niezliczonej ilości muzyków. Od klasyków awangardy, po klasyków rocka. Moondog był niewidomy, większość życia spędził na ulicy, gdzie wykonywał swoje kompozycje w przebraniu wikinga. Często na skonstruowanych przez siebie instrumentach. Dzięki pomocy zafascynowanych nim muzyków (m.in. polskiego dyrygenta Artura Rodzińskiego) nagrywał również w filharmonii (obserwowali go wtedy Philip Glass i Steve Reich).

Wielkim fanem talentu Moondoga był Charlie Parker, który podobno często chodził obserwować uliczne występy kompozytora. Któregoś dnia 1958 roku Parker podszedł do Moondoga i zaproponował pracę nad wspólnymi utworami. Ekscentryczny muzyk uznał to za doskonały pomysł, niestety wkrótce potem saksofonista zmarł. W hołdzie jazzmanowi, Moondog skomponował utwór “Birds Lament (In Memory of Charlie Parker)”. Trudno w tej chwili wyobrazić sobie efekt połączenia jazzowej swobody Parkera z nieortodoksyjnym podejściem do klasycznych kompozycji Moondoga, ale pewne jest, że mogłaby to być muzyka rewolucyjna.

8. Black Sabbath i Led Zeppelin

To przypadek najbardziej frustrujący. Otóż wiemy na pewno, że ich wspólny jam został zarejestrowany w studiu. Dlaczego więc go nie usłyszymy? Zacznijmy od początku. Dwa zespoły, które chyba w największym stopniu ukształtowały scenę rockową lat 70-tych znały się od samego początku, w końcu muzycy pochodzili z Birmingham i okolic. John Bonham – tragicznie zmarły w 1980 roku perkusista Led Zeppelin – często przychodził w początkach kariery na próby Black Sabbath, by powygłupiać się z muzykami, podobno nawet grywał z nimi siedząc za perkusją Billa Warda, ale ten niechętnie na to pozwalał, bo ekspresyjny Bonham miał tendencję do niszczenia instrumentu.

Na wspomnianą sesję trzeba było poczekać do 1975 roku, kiedy Black Sabbath rejestrowali album Sabotage. Do studia wpadli w odwiedziny John Bonham, Robert Plant i John Paul Jones (do pełnego składu zabrakło Jimmi’ego Page’a). Według Ozzy’ego Osbourna muzycy mieli zamiar zwerbować ich do swojej nowo założonej wytwórni Swan Song, ale spotkawszy się ze zdecydowaną i szybką odmową postanowili skorzystać z okazji i zabalować. W pewnym momencie Bonham zaproponował wspólne zagranie „Supernaut”, jego ulubionego utworu kolegów (coś w nim musi być, skoro do grona ulubionych piosenek zaliczał go też Frank Zappa).

Podobno muzycy Led Zeppelin kompletnie nie potrafili go zagrać, ale kaleczenie utworu przerodziło się szybko w regularne jam session. A studyjny sprzęt wciąż pracował, mikrofony chłonęły magię, która wybrzmiewała wokół nich – w końcu była to opłacona sesja nagraniowa. Niestety nikt nie wie co stało się z legendarną taśmą, może znajduje się w przepastnym archiwum gitarzysty Black Sabbath, Tony’ego Iommi? Możliwe, że nigdy się nie dowiemy, możliwe też, że doskonale wiadomo gdzie jest taśma, tylko jej zawartość to żenująca kakofonia nagrana w narkotykowym widzie, a opowieści o niesamowitości improwizacji muzyków to tylko sposób na podsycanie legendy?

9. Miles Davis, Jimi Hendrix, Paul McCartney

Czy brak istniejących nagrań tej trójki to największa strata dla muzyki popularnej, czy może wszechświat uchronił nas przed najbardziej zawiedzionymi oczekiwaniami w historii?

„Nagrywamy razem płytę w Nowym Jorku, może chciałbyś zagrać na bastelegramie, zadzwoń do Alana Douglasa 212-5812212. Peace Jimi Hendrix Miles Davis Tony Williams” – telegram o takiej treści przysłano 21 października 1969 r. do siedziby Apple Records w Londynie. Adresowany był do samego Paula McCartneya. Pech chciał, że był to akurat okres „uśmiercenia” muzyka przez amerykańskich radiowców. Ten odciął się od życia publicznego i wyjechał do Szkocji na kilka tygodni wakacji w odosobnieniu. Nie miał szans żeby zdążyć dojechać do Nowego Jorku w tak krótkim czasie. Zresztą, nie wiadomo nawet, czy tego dnia wiadomość w ogóle do niego dotarła.

 

Hendrix, wtedy już czczony po rewolucyjnym występie na festiwalu w Woodstock, często jamował wraz z Milesem Davisem w jego nowojorskim mieszkaniu. Davis dopiero co nagrał swoją najbardziej eksperymentalną (a po wydaniu rok później docenioną przez krytyków) płytę “Bitches Brew”. Wirtuozi bardzo szanowali swoją sztukę i od miesięcy planowali nagranie wspólnego albumu łączącego rockowe szaleństwo Jimiego i jazzową maestrię Milesa, na drodze do zarejestrowania nagrań stały jednak napięte grafiki obu muzyków. Kiedy udało się znaleźć termin i wszystko było niemal dopięte na ostatni guzik (skład uzupełnił jazzowy perkusista i współpracownik Davisa – Tony Williams), muzycy w ostatniej chwili postanowili zwerbować Paula McCartneya. Niestety, jeden z Beatlesów nie dawał znaku życia, wszystko zostało odwołane. Kiedy po pół roku muzykom udało się wreszcie umówić, tym razem w Londynie, Hendrix tragicznie zmarł (Davis był już nawet w Europie, w drodze do Wielkiej Brytanii). To chyba jedna z najtragiczniejszych muzycznych historii z cyklu „co by było gdyby…?”

Autor: Maciej Rodkiewicz/MiP

Źródła: FanPopMonkeysfightingrobotsRollingstone, MTV, TheGuardianMoondogscornerTeamrock,

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *