Do końca wakacji pozostały już kilka tygodnie. Niebawem wyprawimy dzieci do szkół; zaowocują kasztany; zacznie się sezon na grzyby, a skończy się sezon picia w plenerze; młodzież akademicka przeniesie niekończącą się imprezę z letnich festiwali z powrotem do klubów i niskoczynszowych mieszkań.

Większość masowych imprez i tak już się odbyła. Wrażenia, jakie wywarł na uczestnikach gdyński Opener powoli się zacierają; wydeptane przez entuzjastów pogo woodstockowe błoto wyschło pozostawiając jedynie popękaną skorupę; na służewieckim torze, gdzie niedawno odbywał się Orange Warsaw Festival, swoje miejsce odzyskały wyścigi konne.

Oczywiście dla spragnionych wrażeń w naszym kraju znajdzie się jeszcze kilka, jak nie kilkanaście większych imprez, ale te największe i najważniejsze imprezy 2015 roku spełniły już swoją misję – naładowały dobrą energią setki tysięcy zakochanych w muzyce serc.

Najwięcej wdzięczności za te wspaniałe chwile, które każdego roku czynią lato wyjątkowym i magicznym spływa na artystów. To oni rozgrzewają serca uczestników swoim brzmieniem transmitowanym przez gigantyczne soundsystemy. Bez nich żaden festiwal nie mógłby się odbyć.

Pytanie, czy te festiwale mogłyby się odbyć bez polskich artystów?

Kilkanaście dni temu Przemysław Gulda na łamach “Gazety Wyborczej” postawił tezę, że z polską muzyką jest już tak cudownie, że zaczęła się sprzedawać bez problemu zarówno medialnie i festiwalowo. Czytaliśmy ten tekst słuchając jakiejś rodzimej stacji radiowej, która lansowała kolejny międzynarodowy hit i który, jak zapewne się domyślacie nie był hitem polskim. Naszła nas zatem chęć na poszukiwanie prawdy.

Zastanowiło nas bowiem, jak to z tymi polskimi artystami jest. Bo, że w tym kraju pojawiają się coraz lepsze, ciekawsze kompozycje – to już raczej nikt w to nie wątpi.

Ale kompozycje, często nie przekładają się na kasę, podobnie jak na występy artystów na festiwalach

Zatem, jeżeli mówimy o festiwalach odbywających się w Polsce, to w istocie zasługi polskich artystów wobec polskiej publiczności są… ograniczone. I nie chodzi nam absolutnie o poziom, jaki reprezentują rodzimi wykonawcy – co do niego nie mamy żadnych zastrzeżeń, o nie!

Są oni ograniczeni głównie przez organizatorów największych festiwali. Ich występy są niejako wciąż „wypełniaczami” między występami „prawdziwych gwiazd” lub odbywają się równolegle na scenach alternatywnych. Wystarczy spojrzeć na line-up Openera: na głównej scenie królują zagraniczne mega-gwiazdy (wyjątek stanowią koncerty Skubasa i Lao Che ostatniego dnia festiwalu), a dla całej reszty przeznaczone są “Tent” i “Alter Stage”.

Znanym faktem jest, że polska publiczność łaknie mega-gwiazd i to one przyciągają tłumy na festiwal. Wielu uczestników zapytanych o powód, dla którego zdecydowali się przyjechać na festiwal stwierdza, że zrobili to wyłącznie aby zobaczyć występująca tam SuperStara.

Wiele festiwali nie mogłoby się odbyć zarówno bez wielkich nazwisk, jak również bez ministerialnego dofinansowania. Co roku do Ministerstwa Kultury zwraca się około sześciuset organizatorów różnych imprez z wnioskiem o dofinansowanie. Znaczna część z nich zostaje oddelegowana z niczym, lecz co się dzieje z pieniędzmi podatników, które trafiają w ręce organizatorów takich wydarzeń, jak wspomniany Opener, katowicki OFF Festival, czy stołeczny Orange Warsaw Festival?

Spora część przeznaczonych sum zostaje zagospodarowana na honoraria dla zagranicznych gwiazd. Honoraria te zaś często bywają aż siedmiokrotnie wyższe od gaż płaconych polskim artystom. Ba! O ile znane polskie zespoły mogą śmiało liczyć, że ich występ zostanie opłacony, w przypadku zarówno młodych kapel, jak i debiutujących projektów sprawa zapłaty nie jawi się tak pewnie.

Wielu młodych artystów spotyka się z argumentem, jakoby sama możliwość zagrania na festiwalu była dla nich wystarczającym wynagrodzeniem. W erze social media wyznacznikiem sukcesu nie jest przecież gaża za występ, a ilość lajków i wyświetleń – twierdzą organizatorzy. W skrajnych przypadkach zdarza się, że organizator nie poczuwa się do finansowania podróży zespołu, co w praktyce oznacza „dokładanie do interesu” ze strony początkującej kapeli.

Spójrzmy na słupki.

Przeliczyliśmy procentowy udział polskich artystów na największych polskich festiwalach zobaczymy, że stanowią oni około 50% występujących tam gwiazd.

Na Openerze swój występ zaliczyło trzydzieści siedem polskich zespołów, choć łącznie odbyło się siedemdziesiąt siedem koncertów – to daje 48%.

W Kostrzynie nad Odrą podczas Woodstocku zagrało 19 polskich kapel i 19 zagranicznych.

Orange Warsaw Festiwal również zachowuje harmonię dzieląc artystów pół na pół – połowa z Polski, połowa z zagranicy.

Jarocin Festiwal wypada na tym tle nieco lepiej, ponieważ większość czasu publiczność należała do polskich artystów – ponad 20 polskich zespołów z 35 obecnych.

Ostróda Reggae Festival bije o głowę pozostałe festiwale z 70% udziałem polskich artystów.

Najsłabiej w tym zestawieniu wypadł organizowany przez Artura Rojka OFF Festival – tylko 39,5%.

Tak to wygląda statystycznie. W kwestię wynagrodzeń nie wchodzimy. Tam zapewne, polscy artyści raczej lądują na końcu peletonu podążającego za wypłatą.

Jeśli zaś włączymy radio to coraz częściej w ramówce pojawiają się piosenki polskich wykonawców. To wynik rosnącego trendu na ojczyźnianą muzykę. W tej sferze nieprzerwanie od 2000 roku dominuje Hip Hop, lecz ostatnie produkcje Donatana, sukces Goorala, a także zespołu Enej, wszystko to wskazuje na niemałe zainteresowanie muzyką folklorystyczną. Polski słuchacz coraz chętniej zwraca ucho w stronę rodzimych brzmień. Dlaczego więc organizatorzy imprez masowych wciąż sięgają po zagraniczne nazwiska zamiast promować to co dobre, bo nasze?

Bowiem wielkie nazwiska przyciągają wielką publiczność. Nie jest to jednak regułą. Coraz większą popularnością cieszą się znane od dawna na zachodzie imprezy showcase’owe. Imprezy inspirowane nowojorskim CMJ, czy też odbywającym się w Brighton cyklu The Great Escape zdążyły już wyłonić kilka interesujących figur na muzycznej mapie Polski.

Agencja Go Ahead funkcjonująca w Poznaniu od wielu lat, organizuje tam cykl imprez showcase’owych znany pod nazwą Spring Break. W świadomości społecznej dobrze już zakorzeniło się żywieckie Męskie Granie – objazdowy cykl imprez, podczas których wyznaczeni w tym celu kuratorzy promują mało znane polskie projekty muzyczne. Na stadionie miejskim w Dębicy odbywa się Good Fest – impreza o zgoła odmiennym obliczu od tych, jakie kojarzymy z „imprezami na stadionie.”

Pozostaje mieć nadzieję, że popularność polskiej muzyki nadal będzie rosnąć, a „świeża krew” będzie doceniana, zamiast być przelewaną; że polski słuchacz chętniej otwierać się będzie na nowe brzmienia,  aniżeli ograniczać się do komercyjnych mega-gwiazd; że Artur Rojek i inni organizatorzy dużych festiwali muzycznych zwrócą się w stronę promocji artystów, nie zaś promocji wydarzenia artystami.

Fot. Kjetil Aavik/Flickr lic. CC SA

One Response to Ilu polskich artystów gra na festiwalach w Polsce (i czemu tak mało)

  1. […] udziału polskich wykonawców w line-upach – o czym pisałem jakiś miesiąc temu – to wcale nie tak mało. Imprezy skandynawskie czy niemieckie zazwyczaj wypadają podobnie. Problemem jest raczej […]

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *