Sierpień 1964 roku – The Beatles bija sukcesy popularności w USA, gdzie trwa ich trasa koncertowa. 28 sierpnia, po koncercie na Forest Hills Tennis Stadium w Nowym Jorku, spotykają się z Bobem Dylanem i jego przyjacielem, dziennikarzem Al Aronowitzem, w hotelu “The Delmonico”. Amerykański bard, za chwilę wprowadzi słynną czwórkę w świat marihuany.

Co prawda w The Beatles nie grał Bob Marley, który jako wyznawca rastafarianizmu palił marihuanę oficjalnie i w każdych ilościach, uznając ten pospolity w niektórych rejonach świata chwast za “święte zioło”, ale przecież nie tylko słynna czwórka raczyła się tym specyfikiem zanim Marley przekroczył wszelkie granice, pokazując się z jointem dosłownie wszędzie.

Ernest Abel, historyk zajmujący się dziejami konopii indyjskich i ich wpływem na ludzkość ustalił, że prawdziwa miłość muzyków do marihuany wybuchła w 1910 roku w Nowym Orleanie, gdzie przede wszystkim łatwość w dostępie, oraz nikłe skutki uboczne, spowodowały niezwykłą popularność używki. Muzycy zauważyli również, że pomimo kolejnych wypalanych jointów mogą grać ciągle pomysłowo i dobrze, a nawet lepiej niż w stanie trzeźwości, czego w żaden sposób nie gwarantował im alkohol.

Czytaj: 23 – letni George Harrison i jego psychodeliczne selfie z podróży po Indiach

Anegdota mówi, że Dylan sam się chciał się zobaczyć z The Beatles i zapalić z nimi skręta, gdyż źle zrozumiał słowa piosenki “I Want To Hold Your Hand” (która była dla wielu Amerykanów piosenką przełomową).

W piosence  “I Want To Hold Your Hand” tekst śpiewany przez McCartney i Lennona leci tak: “And when I touch you I feel happy inside.

It’s such a feeling that my love, I can’t hide, I can’t hide, I can’t hide”.

W głowie Dylana “I can`t hide” zmieniło się “I get high…” (czyli sformułowanie opisujące stan po zażyciu marihuany).

McCartney wspominał, że do spotkania z Dylanem, jeżeli chodzi o używki, The Beatles kosztowali tylko szkockiej. Natomiast samo spotkanie odbyło się w następujący sposób – Dylan wyjął skręta i przekazał go Lennonowi, a ten natychmiast oddał go Ringo Starrowi, określając go mianem “Królewskiego Testera”. Ringo nie znając etykiety palenia marihuany spalił całego jointa… sam.

Później poszło już jednak dużo bardziej sprawniej. Dylan kręcił kolejne jointy, a cała szóstka kosztowała je przez całą noc bawiąc się przy tym setnie. John Lennon wspominał później, że skręty towarzyszyły Beatlesom również przy śniadaniu następnego dnia i spowodowały, że w zasadzie nikt z zewnątrz nie mógł się z nimi dogadać.

Marihuana była niezwykle popularną używką wśród artystów w tamtych czasach), ale tak, jak i teraz za jej posiadanie groziły spore kary. Przykładowo Keith Richard w 1967 roku został uznany za winnego udostępniania swojego domu do palenia marihuany i skazany na rok więzienia. Wyrok uchylono dopiero w apelacji.

Beatlesom używki towarzyszyły zresztą przez całą karierę, łącznie z słynnym wówczas LSD, której ślady fascynacji można znaleźć w słynnym songu “Lucy in the Sky with Diamonds”. Zresztą ich rozpad nie oznaczał końca przygody z psychodelikami.

W 1973 roku McCartney został ukarany grzywną w wysokości 100 funtów za uprawę konopii na jego posiadłości w szkockim Campbeltown. Przed sądem tłumaczył się, że nasiona dali mu jego fani, a on sam nie miał pojęcia co tak naprawdę uprawiał. Wątpliwe, by ktokolwiek w to uwierzył.

A co sądzicie o tym nagraniu ze studia? 🙂

Źródła: “Hi, hi, hi”, www.thisdayinmusic.com

Fot. Library of Congress

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *