Połowa lutego to chyba ostatni dzwonek na próbę muzycznego podsumowania 2016 roku. Nie chcemy przy tym powielać sztampowych list typu „20 najlepszych albumów”, dlatego postanowiliśmy napisać o płytach, czy zjawiskach, które w minionym roku wydały nam się może nie zawsze najlepsze, ale na pewno najciekawsze i warte przedstawienia.

Pewnie zabraknie tu wielu z Waszych ulubionych pozycji, czy nawet albumów z czołówek podsumowań muzycznej prasy i serwisów internetowych (ok, dla kilku hitów na pewno znajdzie się tutaj miejsce). To był rok poszukiwań, łączenia pozornie nieprzystających brzmień, dlatego tak wiele z poniższych albumów to amalgamaty różnych gatunków. Warto na marginesie odnotować, że miniony rok umocnił pozycję polskich artystów, którzy przestali odczuwać jakiekolwiek kompleksy w stosunku do zachodnich kolegów. Nie kopiujemy już sprawdzonych formułek, tworzymy własne, a świat patrzy na nas. W wielu niszach należymy do czołówki.

David Bowie – ★ (Blackstar)

Oczywiście Davida nie mogło tutaj zabraknąć. Trudno uwierzyć, że minął już rok od jego śmierci, bo muzyka zawarta na tym pożegnalnym albumie niesie ze sobą taką dawkę emocji, że wciąż nie da się jej wysłuchać bez przyspieszonego bicia serca i ściśniętego żołądka. Ba, nawet bez tego kontekstu, muzyka broni się sama – Bowie dokonał ostatniej wolty stylistycznej, ale za to takiej, że niedługo na pewno będziemy świadkami zalewu rynku młodymi zespołami, które usilnie, ale nieudolnie będą starały się kopiować dźwięki z Blackstar. Płyta znalazła się w czołówce prawie każdej listy najlepszych pozycji zeszłego roku, a jak to wygląda u nas?

Ostatnio Bartek Chaciński pisał na swoim blogu o Blackstar w kontekście rocznego podsumowania oficjalnej listy sprzedaży OLiS przygotowanego przez Związek Producentów Audio Video. Wydawać by się mogło, że Bowie będzie w Polsce na topie, a tu niespodzianka – 40 miejsce. Oddaję głos Chacińskiemu:

“(…) ciekawszych rzeczy o guście polskiej publiczności można się jednak dowiedzieć nie z tego, co na tej liście wysoko, ale z tego, co nisko.
Najmocniejszy przykład to Blackstar Davida Bowiego. Płyta, która sprzedawała się okrągły rok na fali żałoby po śmierci autora. Z nieustającą właściwie kampanią medialną, z lubianymi singlami, które i u nas prezentowano regularnie w radiu (…) Efekt? Miejsce 40. na rocznej liście sprzedaży. Niżej niż Popek & Matheo, ba – niżej niż składanki Guns N’Roses, Sade i The Rolling Stones (…), kolędy Zakopower i Paris Zaz (…) Ciekawe, że Bowie nawet w kategorii zmarłych artystów przegrał z Amy Winehouse (…), Czesławem Niemenem, no i Leonardem Cohenem. 20 lat po niesławnym odwołaniu koncertu Bowiego ze względu na wolną sprzedaż biletów nie kochamy go o wiele bardziej”

Death in Rome – Hitparade

W tym przypadku trudno mówić o regularnym albumie z oryginalnym materiałem, jest to swego rodzaju dziwaczne the best of. Zespół pojawił się znikąd, jego członkowie owiani są nimbem tajemnicy, nie wiadomo nawet z jakiego pochodzą kraju, choć w wywiadach przyznają, że są doświadczonymi muzykami. Popularność pod szyldem Death in Rome przyniosły im wrzucane na Youtube klipy z coverami znanych piosenek pop w wersji… neofolkowej (nazwa zobowiązuje – jest oczywistym nawiązaniem do czołowych przedstawicieli tego nurtu: kultowych Death in June oraz Rome). Kolejne przeróbki powstawały nie tylko z inspiracji zespołu, ale też w odpowiedzi na prośby fanów. Mamy tu zatem apokaliptyczno-akustyczne wersje takich hitów, jak: Careless Whisper Georga Michaela, Take on Me A-Ha, Diamonds Rihanny, czy Barbie Girl Aqua. Na Hitparade zebrano wszystkie covery nagrane przez grupę do momentu wydania płyty (zaraz po premierze zespół zaczął wypuszczać kolejne, np. Lambada). Niech o nieoczekiwanej popularności grupy świadczy fakt, że pierwszy nakład albumu wyczerpał się jeszcze w przedsprzedaży.

Wojciech Golczewski – Reality Check

Ostatnie lata przyniosły odrodzenie ilustracyjnej muzyki syntezatorowej. Powrót do brzmień rodem z lat 80-tych przypieczętował sukces ścieżki dźwiękowej do serialu Stranger Things – nawiązującej do estetyki lat 80-tych produkcji Netflixa, która nieoczekiwanie odniosła ogromny sukces. Trzeba jednak pamiętać, że wcześniej do nagrywania tzw. horror synthu powrócił znakomitym albumem Lost Themes mistrz gatunku – reżyser John Carpenter – znany nie tylko z tego, że stworzył całą masę kultowych horrorów, ale także tego, że do większości z nich sam skomponował i nagrał muzykę. W kinie też słychać powrót do niepokojących syntezatorowych brzmień – przykładem filmy Nicolasa Winding Refna – Drive i zeszłoroczny Neon Demon, oba z muzyką Cliffa Martineza (ciekawostka – był kiedyś perkusistą Red Hot Chili Peppers).

Na tej fali wypłynął polski kompozytor Wojciech Golczewski. Jego faux soundtracki (Reality Check oraz wydany w tym samym roku End of Transmission to w zamyśle rodzaj ścieżek dźwiękowych do nieistniejących filmów) zawierają wszystko, co najlepsze w gatunku, przy czym – w przeciwieństwie do tradycyjnych albumów zawierających elektroniczną muzykę filmową – jego płyty wypełniają pełnoprawne utwory, a nie tylko dźwiękowe miniaturki, oryginalnie ilustrujące krótkie filmowe sceny. Zresztą, podobnie sytuacja wygląda na dwóch solowych albumach Carpentera, które szczerze polecam (wspomniane Lost Themes i Lost Themes II – szczególnie dobrze sprawdzają się w czasie nocnych spacerów po mieście). Warto dodać, że Reality Check wydał renomowany amerykański label Death Waltz Records – pierwsze tłoczenie rozeszło się na pniu. Świat docenił Golczewskiego, u nas – jak to często bywa – nie jest szerzej znany.

Instant Classic

Tutaj pozwoliłem sobie na małe oszustwo, ale bez niego całą tę listę wypełniłyby wydawnictwa tego krakowskiego labelu. W 2016 roku Instant Classic wydał tak dobre płyty, że trudno znaleźć wśród nich coś niegodnego uwagi. To cały katalog artystów poszukujących, nie bojących się eksperymentów, a jednocześnie nagrywających fantastyczne, wpadające w ucho płyty. Mamy zatem doskonałe minimalistyczne Lines, za które Wacław Zimpel zdobył w tym roku Paszport Polityki w kategorii muzyka popularna (w zeszłym roku laureatem był jego kolega Kuba Ziołek, nagrywający dla Instant Classic pod nazwą Stara Rzeka). Mamy grupę Lotto z ich pulsującym Elite Feline, które podbiło większość muzycznych podsumowań roku w Polsce (w tym pierwsze miejsce w Gazecie Wyborczej). Mamy nagrane w synagodze przez doskonałe jazzowe trio Jachna/Mazurkiewicz/Buhl Dźwięki Ukryte, frapujący album LAM (kolejny projekt Zimpla), rozimprowizowane Innercity Ensemble z płytą III, świetny psychodeliczny album elektroakustyczny X-NaVI:et – Technosis, wypełniony dronami debiut ARRM, czerpiący garściami z krautrockowej estetyki Kristen – LAS, jest też zespół, który równie dobrze mógłby sygnować swoim nazwiskiem Jack White, czyli Fertile Hump z płytą Dead Heart, a w końcu ostatnia epka Ampacity.

Jest w czym wybierać, a przy tym, mimo dużego rozstrzału gatunkowego, mogę z czystym sumieniem polecić każdą z tych pozycji (a każdą można legalnie i w całości przesłuchać na youtubowym kanale Instant Classic).

Luke Cage (soundtrack autorstwa Adriana Younge i Ali Shaheed Muhhamada)

Ostatnie lata obrodziły zaskakującymi ścieżkami dźwiękowymi odchodzącymi od schematu typowej symfonicznej ilustracji, do jakiej przyzwyczaiło nas Hollywood. W ten nurt wpisali się Adrian Younge i Ali Shaheed Muhhamad, którzy wspólnie napisali muzykę do osadzonego w świecie Marvela serialu Luke Cage (kolejna – po wspomnianym wcześniej Stranger Things – produkcja Netflixa). Formalnie to serial mocno odstający od pozostałych marvelowskich produkcji, osadzony jest w stylistyce nurtu blacksploitation, dlatego ilustrująca go muzyka to mieszanka najlepszych wzorców gatunku – klasyczny soul i funk typowe dla afroamerykańskich filmów z przełomu lat 60-tych i 70-tych, a to wszystko przefiltrowane przez wrażliwość hip-hopu z początku lat 90-tych.

Nie jest to przypadkowa mieszanka. Kompozytor Adrian Younge znany jest z zamiłowania do retro soulowo/funkowych kompozycji, napisał między innymi ścieżkę dźwiękową do jednego z niewielu współczesnych filmów blacksploitation – Black Dynamite. Z kolei Ali Shaheed Muhhamad to członek kultowego A Tribe Called Quest (którzy nota bene powrócili w tym roku pierwszym od 18 lat, doskonale przyjętym albumem We got it from Here… Thank You 4 Your service). Soundtrack do Luka Cage’a to doskonała pozycja zarówno na imprezę, jak i samotny relaks.

Narcosatanicos – Body Cults

Najmniej znany zespół na liście, ale ich Body Cults to chyba moje najciekawsze odkrycie zeszłego roku. Narcosatanicos pochodzą z Danii i grają wybuchową mieszankę psychodelii i noise rocka, w której wiodącą rolę gra… saksofon. Instrument czasami uzupełnia aranż piosenek o free-jazzowe solówki, czasami dubluje jedynie melodię gitary, dodając brzmieniu ciężkości i przestrzeni. Ciężko jednoznacznie sklasyfikować ich muzykę, ponieważ każdy kawałek na Body Cults jest inny, przy czym całość jest bardzo spójna i nie ma mowy o jakiejś gatunkowej schizofrenii. Ktoś ładnie opisał muzykę zawartą na Body Cults jako połączenie krautrockowego Can z Black Sabbath i Milesem Davisem z czasów jego Bitches Brew.

Inaczej jest w przypadku debiutu amerykańskiego Brain Tentacles, który dzięki promocji dużej wytwórni (Relapse Records) trafił do szerokiego grona odbiorców, a jego gimmick opiera się na podobnym założeniu – łączeniu saksofonowego szaleństwa z rockowym hałasem – ale tutaj, mimo udziału znanych muzyków (m.in. z Municipal Waste i Yakuza) i zachwytów w prasie, materiałowi brakuje spójności – są za to muzyczne żarty (Frank Zappa przewraca się w grobie) i kiepskie kompozycje.

Niechęć – Niechęć

Na szczęście żyjemy w erze muzycznego post-post-modernizmu i łączenie pozornie nieprzystających gatunków i brzmień nikogo nie dziwi (a jeszcze 10 lat temu mogło u niektórych purystów wywoływać konsternację). Tak jak Narcosatanicos łączą rockowy ciężar z jazzem, tak Niechęć łączą jazz z rockowym ciężarem. Pozornie nic odkrywczego, taki Fusion funkcjonował już w latach 70-tych, jednak Niechęć to zupełnie inna para kaloszy. Ich drugi album odniósł wielki sukces (także zagranicą trafiał na wysokie pozycje jazzowych podsumowań roku), jest agresywny i mroczny, ale jednocześnie piękny. Pełno w nim napięcia, dynamiki i melodii, żadnych rozlazłych prog-rockowych naleciałości. Trafia zarówno do jazzowych wyjadaczy, jak i do słuchaczy nieobeznanych z gatunkiem. To nie jest muzyka tła, ona utrzymuję uwagę od pierwszych dźwięków do samego końca. Naprawdę warto poświęcić jej trzy kwadranse.

Oranssi Pazuzu – Värähtelijä

To już nie przelewki, to album ciężki i trudny dla przeciętnego odbiorcy. Finowie grają psychodeliczny black metal – nie brakuje w nim jednak wpływów jazzowych, krautrockowych i doom metalowych. Wszystko wydaje się obce, nieznane, ale nie tylko dlatego, że każdy kawałek śpiewany jest po fińsku. Wyobraźcie sobie mroczny i zimny fiński las, unoszącą się nad bagnami mgłę. Zwróćcie uwagę, że tuż obok sparciałego drzewa, pod czapą z mchu kryje się królicza nora, taka jak w Alicji w Krainie Czarów. Nie ma wyjścia, trzeba się do niej wczołgać, a potem przeciskać przez wilgotną ziemię. Poczujcie na skórze ocierające się o was korzenie, zapach stęchlizny i gdzieś w oddali zobaczcie światełko w tunelu. Taka właśnie jest ta płyta. Muzyczny odpowiednik złego tripu po LSD, ale taki, do którego wbrew zdrowemu rozsądkowi chce się ciągle wracać.

Perturbator – The Uncanny Valley

Coś z zupełnie innej beczki. Perturbator to tak naprawdę jeden człowiek – Francuz James Kent, a synthwave – gatunek, który produkuje – najprościej opisać jako taneczną elektronikę dla… metalowców. W końcu Kent zafascynowany jest zarówno cyberpunkiem, syntezatorowymi soundtrackami Johna Carpentera jak i black metalem. Zeszłoroczny koncert Perturbatora, który występował w warszawskiej Hydrozagadce razem z kolegami z fińskiej wytwórni Blood Music – muzykami o pseudonimach GosT i Dan Terminus – był świetnym show (włącznie z laserami, oprawą sceniczną, przebraniami itp.) i widać było, że wszyscy ludzie wychodzący z klubu byli zachwyceni szaloną zabawą. Ale w przeciwieństwie do oblicza koncertowego, nie samymi tanecznymi numerami albumy Perturbatora stoją. The Uncanny Valley wypełniony jest nastrojowymi utworami, w niektórych gościnnie pojawiają się wokaliści (np. w singlowym Sentient), w innym melodię prowadzi saksofon (Femme Fatale), co powoduje, że utwór przypomina klimatem muzykę do filmu Blade Runner Vangelisa. Jeśli ktoś chciałby zanurzyć się w cyberpunkowym klimacie dystopijnej przyszłości, takiej jaką można było sobie wyobrazić w najbardziej neonowej dekadzie zimnej wojny, to Perturbator jest lekturą obowiązkową.

PJ Harvey – Hope Six Demolition Project

W momencie wydania ostatni album PJ Harvey narobił dużo szumu, a pod koniec roku niewielu już o nim pamiętało. Spotkałem się z opinią, że Hope Six Demolition Project to nic nowego, a w zasadzie powielenie patentów z jej poprzedniego albumu Let England Shake, tym razem z wiodącą rolą saksofonu. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Hope Six… to zupełnie nowa jakość w dyskografii Brytyjki, każdy kawałek to kosa tnąca wszystko, co napotka na swojej drodze. To doskonałe protest songi ubrane w przesterowane gitary i okraszone klimatem nowoorleańskiej orkiestry dętej, a przy tym wszystkim to diabelnie wpadające w ucho melodie, które zostają z nami już po pierwszym przesłuchaniu.

Shabaka and the Ancestors – Wisdom of Elders

Shabaka Hutchings musi być bardzo zajętym człowiekiem. Pochodzący z Wielkiej Brytanii saksofonista stanowi trzon aż trzech zespołów, które wydały nowe płyty w 2016 roku (poza tym jest też członkiem innych, wciąż aktywnie koncertujących grup jak np. Sons of Kemet). Najbardziej znany zespół Shabaki – Melt Yourself Down – to przedziwna mieszanka łącząca w sobie wpływy jazzowe, funkowe i punkowe. Z kolei The Comet is Coming to jego poboczny projekt, w którym wykonuje hipnotyzującą muzykę psychodeliczną. Shabaka and the Ancestors to najmłodsze dziecko Hutchingsa. Muzyk, zainspirowany krótkim etatem w Sun Ra Arkestra, postanowił wrócić do afrykańskich korzeni jazzu. Wisdom of Elders nagrał z południowoafrykańskimi muzykami i stworzył dzieło w swojej wymowie porównywane do największego jazzowego hitu 2015 roku – trzypłytowego The Epic Kamasi Washingtona. Dzięki tym dwóm albumom można mówić wprowadzeniu do mainstreamu mody na bardzo popularny na przełomie lat 60-tych i 70-tych nurt zwany spiritual jazzem. Płytowy debiut Shabaka and the Ancestors to jazz ciepły, mistyczny, trochę nawiązujący do ostatniego okresu Johna Coltrane’a, ale przede wszystkim mocno osadzony w afrykańskiej muzycznej tradycji. Udało im się stworzyć album trochę schizofreniczny, bo z jednej strony pozwalający słuchaczowi się wyciszyć, a z drugiej mocno angażujący – przy czym jest w tej dychotomii konsekwentny i spójny, oba oblicza muzyki z Wisdom of Elders uzupełniają się wzajemnie.

Xiu Xiu – Plays the Music of Twin Peaks

Pozornie mało oryginalny projekt – seria koncertów towarzyszących australijskiej wystawie „David Lynch: Between Two Worlds” – przerodził się w jeden z najciekawszych albumów roku. Ale zacznijmy od początku. Pierwotnie amerykański wzespół eksperymentalny Xiu Xiu został poproszony o zaaranżowanie utworów Angelo Badalamentiego , a następnie wykonanie ich na żywo, w ramach uzupełnienia wspomnianej wystawy. Muzykom tak spodobał się efekt końcowy, że nagrali swoją wersję ścieżki dźwiękowej z serialu Twin Peaks w studiu, a potem wydali w limitowanym nakładzie z okazji Record Store Day 2016. Okazało się, że płyta była jedną z najbardziej rozchwytywanych tego dnia i jej nakład rozszedł się błyskawicznie, zostawiając wielu miłośników zarówno twórczości Lyncha, jak i Xiu Xiu z pustymi rękami. Ku uciesze fanów, parę miesięcy później album doczekał się ogólnoświatowej premiery, tym razem w normalnym nakładzie. Muzykom udała się sztuka bardzo trudna. Odtworzyli kultową muzykę Badalamentiego wiernie, ale jednocześnie uniknęli bezrefleksyjnego kopiowania, odcisnęli na niej swoje piętno, ale utrzymali mistyczny, niepokojący nastrój oryginału. Plays the Music of Twin Peaks słusznie trafiła do czołówki wielu muzycznych podsumowań.

Zeal and Ardor – Devil is Fine

Historia powstania nie tylko tej płyty, ale w ogóle całego projektu jest dość kuriozalna. Pochodzący ze Szwajcarii muzyk Manuel Gagneux był częstym bywalcem niesławnego forum 4chan. Tam, w dziale muzycznym, chętnie udzielał się w temacie, w którym użytkownicy rzucali pomysły na łączenie najbardziej absurdalnych gatunków. Gagneux wybierał te, które mu się spodobały, po czym szybko komponował i nagrywał ich interpretacje. Zabawa trwała w najlepsze, dopóki ktoś nie wyskoczył z żartobliwą propozycją połączenia „czarnej muzyki” z black metalem. Chodziło oczywiście o wszelkiego rodzaju tradycyjne pieśni, najczęściej śpiewane przez czarnoskórych niewolników – np. spirituals, czy prison songi. Muzyk nagrał jeden, później drugi i trzeci utwór. W końcu uznał, że efekty pracy brzmią na tyle obiecująco, że warto rozwinąć koncepcję do rangi pełnoprawnego projektu. Tak narodził się Zeal and Ardor. Muzyka z opublikowanego w internecie Devil is Fine zyskała w ciągu kilku miesięcy taką popularność, że jednoosobowy projekt Manuela Gagneux, stał się jednym z największych objawień 2016 roku. Przyznaję, to nie jest równa płyta, mogłaby się obejść bez kilku wypełniaczy, ale za to nadrabia pomysłowością i świeżością. Rozchwytywany muzyk zdążył już zebrać cały zespół i niedługo rusza w trasę koncertową (zagra też w warszawskiej Hydrozagadce).

Pozostałe albumy z 2016 roku, które obowiązkowo zasługują na krótką wzmiankę. Aluk Todolo – Voix, to minimalistycznie krautrockowy black metal, który był jedynym rywalem dla wspomnianego wcześniej Oranssi Pazuzu; Charles Bradley – Changes, kolejny świetny album Bradleya to rasowy soul wydany przez specjalizującą się w takich retro brzmieniach Daptone Records (no i jest cover Black Sabbath); Furia – Księżyc Milczy Luty, to już nie jest black metal, to jakieś dziwne, ale doskonałe bluesowo-śląskie eksperymenty; Goat – Requiem, nowa płyta Szwedów nie zaskakuje, ale przynosi słoneczne, ciepłe piosenki w afrykańskim duchu; The Comet is Coming – Channel the Spirits, wspomniany wyżej psychodeliczny projekt Shabaki Hutchingsa; New Model Army – Winter, jeden z niewielu zespołów, który po tylu latach z płyty na płytę trzyma tak wysoki poziom; Our Solar System – In Time; hipnotyzujący jazz, świetne uzupełnienie dla The Comet is Coming; Dungen – Haxan, zaskoczyli płytą wychodzącą wysoko ponad średni poziom setek zespołów kopiujących ostatnio ograne patenty psychodelicznego rocka; King Gizzard and the Lizard Wizard – Nonagon Infinity, niezmordowani Australijczycy, choć może się to wydawać niemożliwe, naprawdę są coraz lepsi; Pop. 1280 – Paradise, kolejny album wydany grupy przez świetną nowojorską wytwórnie Sacred Bones Records (ci sami, którzy wydają solowe płyty Johna Carpentera), to pierwszej próby połączenie post punku, noisu i industrialu; Witchcraft – Nucleus, Szwedzi zrazili do siebie wielu fanów poprzednią płytą, tu wracają do formy grając retro doomowe i cholernie wpadające w ucho piosenki; Lonker See – Split Image, polska szkoła łączenia jazzu i psychodelii, jeden z najlepszych nowych zespołów, które warto obserwować; Danny Brown — Atrocity Exhibition, zakręcona muzyka i dziwaczny głos Browna to przepis na hip-hopowy sukces; Videodrones – Mondo Ferox, jeszcze jedna syntezatorowa pozycja, Videodrones to duński duet, którego debiut wydał jeden z najlepszych i najbardziej konsekwentnych w swych poczynaniach labeli – El Paraiso Records.

Autor: Maciej Rodkiewicz/MiP

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *