Proces, jaki Metallica wytoczyła Napsterowi w 2000 roku, to jedna z pierwszych głośnych spraw związanych z łamaniem praw autorskich w sieci. Dla tych, którzy nie pamiętają – na przełomie wieków, kiedy w Polsce Internet jeszcze raczkował, w sieci królował Napster (rodzaj serwisu P2P). Właśnie takie, niezliczone serwisy P2P (peer-to- peer) oferowały każdemu darmowy dostęp do nieograniczonych zasobów treści kultury, oczywiście pod warunkiem, że ktoś jako pierwszy te zasoby udostępnił.

Właśnie wtedy, Lars Urlich – perkusista zespołu – odkrył, że po sieci krąży wersja demo utworu “I Disappear”, który nawet nie miał wtedy swojej premiery. Odnalazł źródło wycieku – był to właśnie Napster, co więcej, z przerażeniem zauważył, że w serwisie dostępna jest cała dyskografia Metalliki – za darmo. Proces, który zespół wytoczył Napsterowi spowodował falę kolejnych pozwów, a te doprowadziły serwis najpierw do zamknięcia, a później – w 2002 roku – do bankructwa.

Metallika w ten sposób stała się symbolem upadku Napstera. Był to symbol niekoniecznie odbierany pozytywnie.

Minęło prawie 17 lat, w Internecie pojawiły się legalne serwisy streamingowe, a obroty cyfrową muzyką przynoszą coraz większe zyski. Obecny właściciel marki Napster – spółka Rhapsody (z mniejszościowym właścicielem – spółką Best Buy), postanowił oczyścić jej imię, zacząć od nowa legalną działalność pod znaną nazwą i logiem. Napster stał się najpierw cyfrowym sklepem, potem serwisem streamingowym opartym na subskrypcji. Pojednanie z muzykami Metalliki jest zapewne jednym z działań marketingowych mających przynieść spółce dobrą prasę. I tak, wraz z premierą albumu „Hardwired… To Self-Destruct” do Napstera wróciła cała dyskografia zespołu. Życie bywa przewrotne.

Czytaj: Bez podatku dla klubów muzycznych. “Są wartościowe dla kultury”

Muzycy od 2012 roku dysponują taśmami matkami wszystkich swoich wydawnictw oraz prawami do ich dystrybucji. Chętnie z tego korzystają i udostępniają prawo do sprzedaży swojej muzyki poprzez spółkę Blackened Recordings i to właśnie z nią Napster podpisał umowę.

Proces, jaki Metallica wytoczyła Napsterowi był tylko pierwszym z wielu kolejnych, mających na celu walkę o przestrzeganie praw autorskich w sieci. Jednak zraziła do zespołu wielu fanów – choćby tych kilku tysięcy, których namiary zdobyli muzycy w czasie procesu z Napsterem. Tego raczej się nie wybacza. Stąd od czas wojny z Napsterem, za zespołem krążą prawdziwe, czarne legendy.

Od tego czasu Metallice przypisywane są jak najgorsze intencje – chciwość i ściganie pozwami oddanych fanów i właśnie głównie w tym kontekście w ciągu ostatniej dekady pojawiała się w prasie nazwa zespołu. Doprowadziło to do wielu zabawnych sytuacji, kiedy w Internecie wybuchały burze wobec doniesień o kolejnych „pozwach” wytoczonych przez muzyków.

Wbrew temu, co niektórzy sądzą, Metallica nie wytoczyła procesu ósmoklasiście za to, że ten rysował ich logo w swoim zeszycie, nie domagała się części przychodów od muzyków używających w swoich utworach progresji akordów E – F (która rzekomo ma kojarzyć się przede wszystkim z dokonaniami zespołu), nie domaga się też części przychodów od właściciela praw do dziecięcej rymowanki o Piaskowym Dziadku (którą to Metallica spopularyzowała w piosence Enter Sandman), ani nie wystosowała wezwania do zaniechania działalności kanadyjskiego tribute bandu, grającego utwory Metalliki…

Żartowałem, ten ostatni przypadek okazał się być prawdą. Na szczęście po fali krytycznych komentarzy, które przeszły przez Internet, zespół wystosował oświadczenie, że z pismem nie miał nic wspólnego, a wysłał je bez zgody muzyków prawnik pracujący dla zespołu. Tyle kontrowersji, a wystarczyłoby skupić się tylko na muzyce.

Choć, jak to mówią – gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Albo też: Karma zawsze wraca.

Jakoś tak.

Autor: Maciej Rodkiewicz/MiP

Źródło: Digital Music News

Fot. whittlz/Flickr

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *