Lep promocyjny jest chyba najczęściej wykorzystywanym magnesikiem w stosunku do artystów w Polsce. Niezależnie od statusu, wydanych płyt, popularności, liczby klików na You Tube, każdy ciągle ma szanse zetknąć się z tym zdaniem: “Możemy pokryć Wam tylko koszty przyjazdu, ale przecież ten koncert będzie dla Was znakomitą promocją”. Albo: “Wydamy Wam płytę promocyjnie. Kasy z tego nie będzie, ale będziecie mieli promocję”.

Polski muzyk nie ma szansy sprawdzić, czy dana promocja jest opłacalna, czy nie. Nie posiada narzędzi, które sprawdzą, czy koncert na jednym z festiwali przełoży się na dalsze propozycje koncertowe, czy sprzedaż płyt. Nie wie zatem, czy koncert “dla promocji” nie jest po prostu jedną, wielką bujdą, która służy jedynie obniżeniu kosztów koncertu/festiwalu/wydania płyty.

Pewien polski zespół pojechał kiedyś w ramach “promocji” na drugi koniec Polski, bo organizator “zagranicznej sławy” musiał wziąć kogoś na tzw. support. Oczywiście wynagrodzeniem była owa słynna “promocja”. Zespół zagrał koncert, potem liczył złotówki na paliwo, oglądając przy okazji wielki stół koreczków z łososiem i oliwkami, stojących obok szampanów, piwa i wina, którą zażyczyła sobie wielka “sława”.

To było ostatni koncert zagrany dla “promocji”. Zespołu, o którym mowa powyżej, nie przekonał do występu “promocyjnego” nawet “największy polski festiwal”, oferujący mu jedynie zwroty kosztów podróży, a jednocześnie wydający dziesiątki tysięcy złotych na bukowanie zagranicznych gwiazd.

Organizator koncertu być może działa słusznie. Wie, że polski artyści, wiecznie narzekający na warunki finansowe i poszukujący pieniędzy w zdawałoby się najbardziej dziwnych kolaboracjach wystąpi i tak, bo zawsze jest lepiej wystąpić niż siedzieć w domu, bo zawsze zdarzy się jakiś cud, bo może pojawi się szef największej wytwórni świata, która oczywiście zaprosi owych artystów do współpracy już na zawsze. Uwaga – cuda się nie zdarzają. Pozycja muzyka na rynku jest zawsze wynikiem talentu, pracy, a przede wszystkim podnoszenia własnej “wartości”, liczonej popularnością wśród fanów.

W całym łańcuchu pomiędzy muzykiem, a użytkownikiem końcowym stoi szereg pośredników pobierających swoją dolę. Ostatecznie, wszyscy pośrednicy zapominają, o tym, że nie byliby w stanie funkcjonować, gdyby nie ten artysta, dostarczający im treści do sprzedaży. Dlaczego więc żaden z nich nie pomyśli o tym, że ten artysta, by rozwijać się, czy nagrywać lepsze płyty, potrzebuje dobrego wynagrodzenia za swoją pracę? Oczywiście zakładamy, ze jest to praca na bardzo wysokim poziomie. Praca, za którą można byłoby pójść w ogień (tacy twórcy jeszcze się zdarzają). Bo… “promocja”? Raczej rynek oparty na zasadzie maksymalnego wyciągania zysków z każdej możliwej dystrybucji.

Konsultujemy różne umowy. Mamy mniej więcej obraz tego, kto pracuje za jakie stawki procentowe. Raz są lepsze, a raz gorsze. Generalnie w tym drugim przypadku radzimy zawsze odstąpienie od umowy i powrócenie do kontrahenta, w momencie, gdy wartość rynkowa zespołu będzie dużo wyższa (poprzez lepsze koncerty, lepsze piosenki itp.). Ale trafiła do nas umowa, którą postanowiliśmy się z Wami podzielić.

Rzecz dotyczy składanki “promocyjnej” określonego gatunku muzyki, która będzie wydawana w Polsce w tym roku. Jakie są warunki dla muzyków? Tragiczne!

Umowa "promocyjna"

Stawka dla artysty to 25 procent!!! Szczerze? Tak “wysokiej” stawki wydawcy nie wiedzieliśmy już dawno. Co ważne powyższa płyta (składanka) dotyczy sytuacji, w której wydawca nie ponosi żadnych kosztów związanych z produkcją muzyki. Każdy wykonawca dostarcza mu swój kawałek, który po prostu trafia na płytę. Jedyny koszt wydawcy – to produkcja fizycznych nośników, oraz koszty dystrybucji.

Produkcja płyty cd w Polsce, z prostą grafiką jest niezwykle tania. Jej koszt zamyka się w około 3 do 5 zł. Cena hurtowa nośnika rozpoczyna się od 10 zł w górę.

Zatem przyjmując owe 10 zł – dla łatwości rozliczenia – artysta za jeden sprzedany egzemplarz – powinien otrzymać 2,50 zł, ale dzielone proporcjonalnie do liczby utworów na płycie. Jeżeli na płycie jest 10 utworów – autorowi za jeden sprzedany egzemplarz płyty przysługiwać będzie… 25 groszy 🙂 – w przypadku zespołu owe 25 groszy trzeba będzie podzielić na liczbę jego członków (zazwyczaj komponują razem).

To nie koniec. Wydawca postanowił się zabezpieczyć 🙂

Umowa

Umówmy się. Szanse na osiągnięcie pułapu 26 tys. zł przez Licencjodawcę jest mniej więcej tak, że Twardowski ciągle żyje na Księżycu. Ile maksymalnie może wyciągnąć z tej płyty artysta?

  • Przy sprzedaży tysiąca sztuk – 250 zł 🙂
  • Przy sprzedaży pięciu tysięcy sztuk – 1250 zł
  • Przy sprzedaż 10 tys. sztuk – 2500 zł.

Umówmy się, że tej ostatniej granicy artysta raczej nie osiągnie, a ktoś mógłby nawet powiedzieć, że zarobi sporo. Odwróćmy zatem sytuację i przyjrzyjmy się stawkom wydawcy. Załóżmy, że na każdym egzemplarzu zarabia na czysto 6 zł.

  • Przy sprzedaży tysiąca sztuk – 6000 zł 🙂
  • Przy sprzedaży pięciu tysięcy sztuk – 30 tys. zł
  • Przy sprzedaż 10 tys. sztuk – 60 tys. zł.

Jest różnica? Jest. No ale, żeby nie było takiego narzekania – ostatni wycinek z umowy.

Umowa wydawnicza. Polska

Artysta dostanie dodatkowo aż dwie egzemplarze płyty….

Czyż życie nie jest piękne?

Fot. Recording Machine, 10th & Lombard – Philadelphia, Late 1890’s. (Library of Congress US)

One Response to Polska “promocja” artysty. Wydawca bierze 75 procent

  1. Mateusz says:

    To niech sobie artyści sami wydają sami promują album.
    A gdzie prowizje za dystrybucje (sklepów, podmiotów itp.) ?
    Bzdura totalna ten artykuł.

    Do tego trzeba doliczyć jeszcze opłaty ZAIKS.
    Nie widze też problemu żeby artyści płacili za produkcje wtedy udział większy dlaczego ?
    Bo jak wydawca sprzeda z 2000 sztuk wyprodukowanych 1000 to kto mu zapłaci za to kase ?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *