Stare gwiazdy chyba straciły formę, bo zamiast nowych produkować nowe hity, Internet poznaje je z zupełnie innej strony. Pamiętacie „artystę zwanego niegdyś Prince”. Właśnie pozwał dwudziestu dwóch blogerów udostępniających nagrania z jego koncertów. Od każdego chce po milionie dolarów.

Prince wydał właśnie wojnę zjawisku, które jest powiązane z muzyką popularną od momentu pojawienia się pierwszego przenośnego magnetofonu, a który to umożliwiał nieautoryzowane nagranie koncertu. Bootlegi są do dzisiaj niesamowitą dokumentacją żywiołowości rozwoju muzyki, niezapomnianych koncertów, których fani potrafią wysłuchiwać z napięciem równym emocjom towarzyszącym odtwarzaniu oryginalnych płyt.

Problem nagrywania koncertów bez zgody artysty jest znany zatem nie od dziś. Jak to wygląda na gruncie polskiego prawa? Z punktu widzenia artysty – dobrze, z punktu widzenia użytkownika – jak zwykle beznadziejnie.

Zgodnie z art. 86 pr. aut. „Artyście wykonawcy przysługuje, w granicach określonych przepisami ustawy, wyłączne prawo do: (…) 2) korzystania z artystycznego wykonania i rozporządzania prawami do niego na następujących polach eksploatacji: a) w zakresie utrwalania i zwielokrotniania – wytwarzania określoną techniką egzemplarzy artystycznego”.

Inaczej mówiąc, każdorazowo artysta wykonujący piosenki na scenie musi wyrazić zgodę na rejestrację /utrwalenie/ jego wykonania. Jego zgoda jest również wymagana w przypadku rozpowszechniania nagranego koncertu w Internecie /bezwzględnie/. Bez jego zgody, każde działanie zmierzające do utrwalnie koncertu jest bezprawne.

Czy to dobre prawo? Zależy jak na to spojrzeć. Trudno nie odmówić racji artystom zwracającym uwagę, że internetowe kopie często nie oddają prawdziwego wymiaru ich twórczości, litrów potu wylanego na próbach, a jedynie mogą sprawić wrażenie, że panowie to za bardzo na tych gitarach brzdąkać nie umieją. Trudno nie przyznać racji oburzonemu artyście, jeżeli na takiej koncertowej kopii użytkownik stara się jeszcze zarobić. Z drugiej strony jednak muzycy chyba muszą pamiętać, że to dzięki fanom kręci się ten cały biznes.

Czytaj: Sprawa RedTube. Kto zapłakał nad artystą?

Wracając do Princa – jego zachowanie może budzić jednak zdumienie, gdyż jeden z koncertów, którego udostępnienia tak go zabolało pochodzi z 1983 roku i nigdy nie został wydany na płycie. Pozywani blogerzy o fantazyjnych nickach: „PurpleHouse2” „PurpleKissTwo”, “Funky Experience 4.0” udostępniali linki do bootlegów /nie wiadomo w ogóle czy są ich autorami/ na Facebooku i Google +.  Prince żąda od każdego po milionie dolarów.

Zresztą twórca ten znany jest z sądowej walki na różnych polach internetowych. W 2007 roku pozwał serwis torrentowy „The Pirate Bay” – wynik tego pojedynku nie jest jednak znany.

Historia „The Pirate Bay” po raz kolejny jednak udowadnia, że walka z Internetem jest póki co skazana na porażkę. Sąd Apelacyjny w Holandii zdjął właśnie nakaz blokowania strony przez głównych dostawców internetowych. Doszedł do wniosku, że taki nakaz ma charakter cenzorski /wraca tu nieustająco wałkowany problem, czy sąd ma prawo wydać dostawcy nakaz blokowania strony, za pośrednictwem której może dochodzić do naruszenia prawa autorskiego, czy takie działanie nie jest czasem ograniczeniem wolności jednostki; w myśl tej intepretacji – nie wolno prewencyjnie ograniczać dostępu do stron takich jak “The Pirate Bay”, lecz pozywać tych, którzy z nich skorzystali i złamali prawo/ a poza tym i tak już większość użytkowników znalazła sposób na jego obejście. Czy można wygrać z Internetem?

Źródła:

The Guardian – “Prince drops $22m in lawsuits against fans and Facebook users”

Puls Biznesu – “Holandia – sąd nakazał odblokować The Pirate Bay”

Fot. Nicolas Genin, lic. CC BY-SA 2.0

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *