Linkowanie w cały świat bez najmniejszego poczucia odpowiedzialności dotyczyć może tylko zwykłych, niezarabiających w sieci użytkowników Internetu, nieświadomych tego, czy linkują legalne czy nielegalne treści – i to pod warunkiem, że istotnie nie wiedzą o ich nielegalnym charakterze – orzekł TSUE w przełomowym wyroku regulującej zasady umieszczania hyperlinków.

Pewna holenderska celebrytka poddała się sesji w negliżu dla znanego magazynu Playboy. Fotografie wyciekły z gazety przed ich oficjalną publikacją i zostały przez hakera zadekowane w australijskiej Filefactory, wielkiej chmurze łykającej legalne i nielegalne treści.

Na ich trop wpadła żądna sensacji witryna Geenstijl, która wnet usłużnie podrzuciła internautom stosowne linki. Tym sposobem – za pomocą kilku obłożonych reklamami kliknięć – spragniony wrażeń internauta mógł przemieścić się bez wielogodzinnego szukania prosto do stosownej szufladki Filefactory, by delektować się fotami, reklamowanymi mniej więcej tak: „*****! [wulgaryzm]!!!! Zdjęcia nagiej DEKKER!” oraz „TUTAJ!!! Pierwsze [wulgaryzmy] TUTAJ”.

Czytaj: A to niespodzianka. Fotografii można użyć w ramach cytatu

Nie spodobało się to ani Playboyowi, ani uwiecznionej na fotografiach nagiej Dekker. Zażądano usunięcia zdjęć i wszelkich linków do nich prowadzących. Filefactory wywaliła zdjęcia z chmury (wkrótce zresztą  pojawiły się w innym miejscu), natomiast Geenstijl linkowania nie zaprzestała. Powstał spór, w trakcie którego Sąd Najwyższy Niderlandów powziął wątpliwości czy – i ewentualnie z jakich okolicznościach – fakt umieszczenia w witrynie internetowej hiperłącza odsyłającego do utworów chronionych prawem autorskim, swobodnie dostępnych w innej witrynie internetowej, gdzie zostały powieszone bez zezwolenia autora, stanowi „publiczne udostępnianie” w rozumieniu art. 3 ust. 1 dyrektywy 2001/29 w sprawie harmonizacji niektórych aspektów prawa autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym.

Wątpliwość płynęła stąd, że dyrektywa nie zawiera precyzyjnej definicji „publicznego udostępniania”, za które – w myśl jej podstawowego celu, jakim jest zapewnienie autorom wysokiego poziomu ochrony  –  twórcom należy się wynagrodzenie jak dwa razy dwa; im też przysługuje wyłączne prawo decydowania gdzie udostępnić, komu oraz kiedy.

Brak precyzji definicyjnej był zabiegiem zamierzonym, pojęcia niedookreślone są bowiem elastyczne i pękate, i mogą być tłumaczone różnie, w zależności od okoliczności. Zasadniczo – są po prostu wdzięcznym polem do popisu dla sądu, który nadaje im treść stosowną do stanu faktycznego konkretnej sprawy, kierując się wcześniej wydanym orzecznictwem. Bez takich pojęć robota w wymiarze sprawiedliwości byłaby okropnie nudna dlatego nie, nie da się ich wyeliminować.

Wcześniejsze wyroki Trybunału odnosiły się do kwestii hiperłączy z dużą wyrozumiałością. Hiperłącza bowiem – jak to podkreślano – mają fundamentalne znaczenie dla zagwarantowania wolności wypowiedzi i dostępności informacji oraz stanowią podstawowy element architektury Internetu, przyczyniając się do wymiany opinii w sieci, która przecież charakteryzuje się ogromną ilością informacji. Z tego właśnie powodu zarówno w wyroku Svensson (C-466/12), jak i w postanowieniu BestWater International (C-348/13) Trybunał orzekł, że udostępnienie na stronie internetowej linków, na które można kliknąć, i które odsyłają do utworów ogólnie dostępnych na innej stronie internetowej, nie stanowi „publicznego udostępniania” w rozumieniu dyrektywy 2001/29 – i nie wymaga szczególnych zezwoleń ze strony autora.

Czytaj: Słynna para artystów w sądzie. Walczą o tantiema ze swojej twórczości.

Tym razem było inaczej, na co bez wątpienia musiała mieć wpływ prezentowana przez Geenstijl „rażąca pogarda dla praw autorskich” – jak to dobitnie skomentował  Rzecznik Generalny w przedstawionej TSUE opinii.  Trybunał orzekł, że linkowanie w cały świat bez najmniejszego poczucia odpowiedzialności dotyczyć może tylko zwykłych, niezarabiających w sieci użytkowników Internetu, nieświadomych tego, czy linkują legalne czy nielegalne treści – i to pod warunkiem, że istotnie nie wiedzą o ich nielegalnym charakterze.

W momencie jednak, gdy hiperłącze umieszczane jest w witrynie wykorzystującej linki w celu zarobkowym, TSUE wymaga większej staranności: ustalenia, czy na pewno link nie prowadzi do treści upublicznionych z pogwałceniem praw autorskich. Zarobkowy charakter witryny implikuje ponadto powstanie prawnego domniemania, że administrator tej witryny miał świadomość nielegalnego charakteru treści, do których odsyłają zamieszczone przez niego hiperłącza. Prawne domniemanie zaś to ulubiona instytucja pełnomocników procesowych, powoduje bowiem odwrócenie ciężaru dowodu, czyli że bardziej napracuje się kancelaria, która broni linkującej witryny, niż adwokat nieszczęsnego autora, szukającego przed sądem  sprawiedliwości.

I to jest właśnie doprecyzowanie nieostrych pojęć prawnych w zależności od stanu faktycznego, czyli cały fun naszego zawodu. Cały wyrok tutaj [wyrok z dnia 8 września 2016 w sprawie C-160/15 GS Media BB przeciwko Sanoma i inni].

Autor: Anna Lazari/MiP

Fot. Carlo Fachini (CC BY-ND 2.0)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *