To był bardzo dobry rok. A wybranie poniższej dziesiątki niezwykle trudne. Przy jej konstruowaniu celowo pominąłem klasykę kina, która licznie zagościła na polskich ekranach w odrestaurowanych wersjach.

SCENA ZBRODNI reż. Joshua Oppenheimer

Niezwykłe świadectwo zbrodni, która nigdy nie została ukarana. Joshua Oppenheimer oddaje głos oprawcom, którzy w 1965 roku w Indonezji eksterminowali blisko milion osób oskarżanych o lewicowe sympatie. Chełpiący się swoimi dawnymi czynami, będący na usługach rządzących do dziś polityków gangsterzy, niczym zawodowi aktorzy, przebrani w kostiumy, z podpatrzonymi z amerykańskich filmów groźnymi minami, opisują ze szczegółami jak pozbawiali życia mężczyzn, kobiety i dzieci. Żywy dowód na to, do czego prowadzi polityczne podkręcanie spirali nienawiści.

WIELKIE PIĘKNO reż. Paolo Sorrentino

„Wielkie piękno”, całkiem słusznie nazywane współczesną wariacją na temat „La Dolce Vita” Federico Felliniego, ma w sobie także ducha Luisa Bunuela i jego „Dyskretnego uroku burżuazji”. Sorrentino, czując się duchowym spadkobiercą kina lat 60. i 70., składa hołd swoim mistrzom, zarazem jednak ukradkiem roniąc łzę nad niepoprawną wiarą w zdolność kina (i sztuki w ogóle) do zmieniania rzeczywistości.

GRAND BUDAPEST HOTEL reż. Wes Anderson

Niewielu jest w kinie twórców, którzy z taką konsekwencją potrafią tworzyć swoje własne ekranowe światy. Wes Anderson ma w sobie coś z bajarza kreującego fantastyczne opowieści, w których dramat swobodnie miesza się z subtelnym humorem, zło przyjmuje formę karykatury, a miłość ma wymiar absolutny

WOLNY STRZELEC reż. Dan Gilroy

Jake Gyllenhaal jako nastawiony na sukces medialny wampir w świecie pędzącej za sensacją telewizji. Niby wszystko już było, ale Gilroyowi udaje się wykroczyć poza zbanalizowaną dyskusję o upadku dziennikarskiej etyki. Niezwykle trafna i realistyczna opowieść o współczesności, gdzie awans z pucybuta do milionera możliwy jest wyłącznie po trupach.

WILK Z WALL STREET reż. Martin Scorsese

Chyba najlepsza jak dotąd hollywoodzka próba opisania przyczyn trwającego finansowego kryzysu. Reżyserski majstersztyk zajadle kpiący z american dream. Energia filmu Scorsese ma siłę najczystszej kokainy. Ostateczny oscarowy wynik świadczy, że dla hollywoodzkiej śmietanki była to dawka zbyt ostra

MANDARYNKI reż. Zaza Urushadze

Poważny konkurent „Idy” do oscarowej nominacji dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego przemknął przez polskie ekrany praktycznie niezauważony. A szkoda. „Mandarynki” to historia podobna do, nakręconej przed laty przez Danisa Tanovica „Ziemi niczyjej”. Również i tu dwóch ludzi z przeciwnych stron frontu – Gruzin i Czeczen – będzie musiało nauczyć się funkcjonować obok siebie, pod dachem neutralnego Estończyka, który wyratuje ich rannych w wojennej potyczce. Siłą tej przypowieści jest subtelny humor, który obnaża absurdalność wojennych sporów.

TYLKO KOCHANKOWIE PRZEŻYJĄ reż. Jim Jarmusch

Jim Jarmusch przywraca godność wampirom, dla których bardziej zabójcza od osinowego kołka okazała się twórczość Stephanie Mayer i jej filmowe adaptacje. W „Tylko kochankowie przeżyją” skazani na długowieczność arystokratyczni krwiopijcy czują się inaczej, niż w raju. Doskwiera im znużenie i wypalenie. Co bynajmniej nie przeszkadza w tworzeniu, będącej ozdobą filmu, znakomitej muzyki.

WITAJ W KLUBIE reż. Jean-Marc Vallée

Najzupełniej słusznie wyróżniona Oscarami para Matthew McConaughey /Jared Leto to chyba jeden z najlepiej „niedopasowanych” męskich duetów w historii amerykańskiego kina, przywołujący na myśl pary Al Pacino / John Cazale z „Pieskiego popołudnia” Sidneya Lumeta i Dustin Hoffman / Jon Voight z „Nocnego kowboja” Johna Schlesingera.

GEOGRAF PRZEPIŁ GLOBUS reż. Aleksander Wieledinski

Słodko-gorzki portret współczesnego rosyjskiego inteligenta ze znakomitą kreacją Konstantina Chabienskiego (pamiętny Anton Grodecki z „Nocnej straży”). W tej historii o perypetiach nieco przypadkowego nauczyciela-nieudacznika nie potrafiącego się odnaleźć w dotkniętym erozją kapitalizmu postsowieckim świecie Wieledinski nie straszy nas, wzorem innych rosyjskich twórców, kolejnym przerażającym obrazem prowincji. Konstruuje daleką od heroizmu opowieść o zadziwiającej naturze człowieka i choć opowiada w jakimś sensie o upadku inteligenckiego etosu, to czyni to w ciepłych i dość optymistycznych barwach.

FRANK reż. Lenny Abrahamson

Najbardziej odjechana komedia muzyczna od czasów kultowego „Leningrad Cowboys jadą do Ameryki”. Podobnie jak w słynny film Kaurismaki’ego nie jest to bynajmniej opowieść o muzycznej karierze, lecz zabawny portret grupy neurotyków, dla których muzyka jest raczej formą autoterapii, pozwalającą im w miarę normalnie funkcjonować w społeczeństwie.

ps. Filmem, który mógłby prawdopodobnie na tej liście namieszać jest „Lewiatan” Andrieja Zwiagincewa zajmujący w tej chwili pierwsze miejsce na mojej liście pozycji do nadrobienia w 2015 roku.

Autor: IdźiPatrz – Rozterki, ekstazy i udręki krytyka filmowego

Fot. Kadr z “Grand Budapest Hotel”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *