Kolejna artystka postanowiła ujawnić swoje zarobki, jakie osiąga dzięki serwisom streamingowym. Jednak w przeciwieństwie do dotychczasowych, hiobowych wieści z tego podwórka, z jej danych wynika, że na streamie można zarobić. O co więc w tym wszystkim chodzi?

Zoë Keating to Kanadyjka, wiolonczelistka, kompozytorka mieszkająca na stałe w San Francisco. Urodzona w lutym 1972 roku nieustająco pnie się do góry w muzycznym showbiznesie. Można powiedzieć, że ma już wyrobioną markę. Gdyby patrzeć na nią przez pryzmat mediów społecznościowych – 34 tysiące fanów na FB, oraz uwaga/!/ – 1,2 mln obserwujących na Twitterze. Robi wrażenie.

Zoë nieustająco publikuje dane na temat sprzedaży muzyki przy pomocy nowych narzędzi dystrybucji. Sama jest też niezwykle aktywna na polu nowych technologii informacyjnych /twitter, FB, blog itp., td./. Jednak przede wszystkim gra naprawdę niesamowitą muzykę, którą Wam polecam.

Wróćmy jednak do tematu. Dane, które publikuje Zoë nieco mieszają w ogólnej tendencji narzekania na serwisy sprzedające muzykę cyfrową. Wychodzi z nich bowiem, że… nie jest wcale tak źle. Dane dotyczą całego roku 2013 r.

Łączna liczba odtworzeń to prawie 2,9 mln. Za pojedyncze odtworzenie Spotify płacił jej 0,00438 dolara, a YouTube – 0,00064 dolara. Zauważcie jednak, że Zoë prowadzi politykę sprzedaży swoich utworów na każdym możliwym kanale – nawet w Soundcloudzie, który, jak można zobaczyć powyżej nie daje jej nawet złamanego centa. Zupełnie inaczej sytuacja się przedstawia w przypadku downloadu.

Z powyższych danych wynika to, co generalnie wszyscy muzycy wiedzą. Serwisy typu iTunes dają muzykom więcej pieniędzy niż stream. W tym przypadku rozpiętość sięga od 0,61 dolara do 1,09 dolara za kawałek. Globalne sumy różnią się od siebie znacznie. Za download pojedynczych piosenek /32170 razy/ w iTunes, Zoe otrzymała ponad 38 tys. dolarów. Natomiast za odtworzenie jej utworów w Spotify 403 tys. razy – łącznie 1,7 tys. dolarów. Widać różnicę prawda?

Całe sedno serwisów streamingowych polega na tym, że oferują one słuchaczom możliwość odsłuchu piosenek, a nie ich downloadu, stąd też ma wynikać różnica w końcowych płatnościach, czego Spotify nie ukrywa. W grudniu ubiegłego roku serwis poinformował oficjalnie, że wypłaca artystom 0,6 do 0,85 centa /!/ za odsłuch jednej piosenki. Cena rośnie w przypadku odsłuchu całego albumu. Jak łatwo policzyć, by zarobić pomiędzy 60, a 85 dolarów – jedna piosenka musi zostać odsłuchana, aż 10 tysięcy razy. Czy jest to niemożliwe? W przypadku sprawnej promocji zespołu – niekoniecznie. Globalnie jednak, w portfelu Zoë, Spotify nie jest znaczące.

Serwisy streamingowe miały być nowością, która da użytkownikowi możliwość odsłuchu piosenek z legalnego źródła. Problem polega jednak wciąż na użytkowniku – wciąż mimo, że cieszy go legalność odsłuchu, nie jest wcale gotowy na to, by płacić artystom więcej. To z kolei udwodnił fiński artysta Anssi Kela, który w swoim kraju jest absolutną gwiazdą. W jego zestawieniu /również opublikowanym w internecie/ – W kwietniu 2013 roku abonenci korzystający ze Spotify w opcji “free” – około 220,5 tys. odtworzeń dało mu jedynie 108,40 dolarów, co oznaczało, że średnio za piosenkę wychodziło 0,00049 dolara /!/. Z kolei w przypadku użytkowników “Premium & Unlimited” ponad 194 tys, odtworzeń dało mu ponad tysiąc dolarów, czyli za jedno odtworzenie Spotify płacił mu 0,0055 dolara. Można postawić tezę, że model niekorzystny dla artystów wypracowują sami użytkownicy /np. Spotify wycofał się z limitów w opcji free/.

Teraz pytanie – czy w ogóle korzystać z takich serwisów. Powyższe dane nie uwzględniają przecież ani podatków, a w przypadku wielu artystów konieczna do opłacenia jest jeszcze prowizja pośrednika /tzw. agregatora treści internetowych, czyli spółki, z którą artysta podpisuje umowę na dostarczanie swoich utworów do serwisów, w Polsce to np. Independent Digital/. Na to pytanie musi sobie odpowiedzieć każdy artysta i jego menadżer. W przypadku Zoë Keating widać, jak duże znaczenie ma rozpowszechnianie utworów wszelkimi możliwymi dostępnymi kanałami dystrybucji.

Istotne jest to, że na pewno serwisy streamingowe będą się rozwijać. Niespełna kilka tygodni temu w USA ruszył kolejny serwis streamingowy – Beats Electronics – dzieło rapera Dr Dre i Jimmy’ego Iovine, szefa wydawnictwa Interscope-Geffen-A&M. Swój serwis stermingowy w wersji demo – Baboom już uruchomił słynny Kim Dotcom /ten sam, który założył Megaupload/. Zapowiada w nim rewolucyjne podejście do artystów, którzy mieliby otrzymywać 90 proc. wpływów za piosenkę. On jako pośrednik miałby zarabić na niej jedynie 10 procent.

Fot. Kris Krüg /lic. CC BY-SA/, sxc.hu

Źródła:

“The Atlantic”, Music:)Ally, Digital Music News,

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *