Jeśli, jak śpiewał niegdyś Ryszard Tymon Tymański, polski dżez „śmierdzi wódą i kiełbasą”, to czym śmierdzi polski showbiz? Tytuł najnowszego dziecka Tymona dość jednoznacznie określa towarzyszącą mu woń.

Określenie „dziecko” jest tu jak najbardziej adekwatne. Wyreżyserowane przez Grzegorza Jankowskiego „Polskie gówno” nie tylko zrodziło się w głowie byłego lidera Kur i Miłości, ale ma także wszystkie cechy, które można przypisać rodzicielowi. To przepełniony anarchistycznym humorem, zręcznie improwizowany monolog cierpiącego na artystyczne ADHD człowieka, który odbył wędrówkę przez trzewia nadwiślańskiego showbizu.

Czytaj: W torrentach rządzi porno. Muzyki się już nie ściąga.

Będący pomysłodawcą i autorem scenariusza Tymon wciela się na ekranie w rolę Jerzego Bydgoszcza – lidera rockowej formacji Tranzystory, która za namową marzącego o mendżerskiej karierze komornika Czesława Skandala (przeuroczy Grzegorz Halama) wyrusza pod jego opieką w ogólnopolską trasę mającą przynieść im sławę i pieniądze.

Mit Sex, Drugs & Rock’n’Roll w polskim wydaniu okazuje się jednak nad wyraz żałosny, a ostatnią deską ratunku jawi się występ w popularnym show telewizji Polwsad.

W ekranowej historii fikcyjnej kapeli Tranzystory (której załogę tworzą jednak autentyczni członkowie grupy Tymon i Transistors wsparci przez fenomenalnego Roberta Brylewskiego) znaleźć można biograficzne odpryski Kur i Miłości, a poszczególne epizody, choć karykaturalnie przerysowane, niezwykle celnie oddają miernotę polskiego muzycznego grajdołka.

Przyjęta do opowiedzenia tej historii formuła musicalu (kłania się „The Rocky Horror Picture Show”!) pozwoliła zbudować narrację wywiedzioną wprost z piosenkowej konstrukcji zwrotka/refren. Refrenami są tu piosenki stanowiące najczęściej rodzaj komentarza do perypetii i poczynań bohaterów. Całość tworzy zaś swoisty concept album, do udziału w realizacji którego zaproszono grono znamienitych gości. Mistrzowskie epizody mają tu m.in. Marian Dziędziel w roli ojca Tymona, Sonia Bohosiewicz jako diva polskiej sceny, Arek Jakubik jako muzyk, któremu się udało i Jan Peszek w roli mecenasa polskiego kina. Ale i tak show kradnie Leszek Możdżer, który wciela się w przygrywającego na pianinku garbatego lokaja wywołując skojarzenia z filmami o Drakuli.

Jak na anarchistyczne dziecko Tymona przystało pomysły bezsprzecznie znakomite (jak piosenka przy jajecznicy zaśpiewana przez Tymańskiego z Dziędzielem czy też sakralny song Peszka) graniczą tu z dowcipami i językiem nie mieszącymi się w mieszczańskiej definicji dobrego poczucia humoru. „Polskie gówno” nie aspiruje bowiem do bycia bezpieczną komedyjką na niedzielne popołudnie, lecz jest filmowym pawiem rzuconym z ekranu w stronę siorbiącej colę publiczności.

I chyba właśnie to zdecydowało, że na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Gdyni znalazło się nie w gronie filmów konkursowych (byłoby poważnym kandydatem do nagród), a jedynie w bocznej sekcji Inne Spojrzenie. Co nie zmienia faktu, że „Polskie gówno” to film, który ma szansę być dla polskiego kina tym, czym płyta „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” dla historii polskiej muzyki. Wierzę, że najdalej za lat naście, jako kultowy, oglądany i stawiany będzie na równi z „Rejsem” Marka Piwowskiego.

Autorem tekstu jest Rafał Pawłowski – krytyk filmowy prowadzący bloga “Idź i Patrz”.

Fot. Materiały Prasowe.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *