Sytuację artystów w Polsce mogłaby poprawić właściwa dystrubucja należnych im pieniędzy za uprawiany zawód. By tak się stało konieczna jest reforma funkcjnowania organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi. Obecny system po prostu jest bankrutem na miarę PZPN-u.

Krzyk OZZ-ów w sprawie propozycji ustawy o otwartych zasobach publicznych jest nie tyle sztuczny i nadmuchany, co przede wszystkim nieszczery. Przypomnę w skrócie, że ustawa ma zapewnić nam dostęp do dzieł finansowanych przez państwo. Zdaniem OZZ-ów i części środowisk twórczych to rodzaj, jak to określają „komunistycznego wywłaszczenia”, z praw słusznie należącym się artystom. Mam wrażenie, że dyskusja na temat praw autorskich w Polsce schodzi na jakieś zupełnie boczne, nieistotne tory. Dostrzegając słuszność założeń ustawy (skoro płaci Skarb Państwa to naturalne jest, że obywatel zasilający Skarb Państwa powinien mieć do takiego dzieła dostęp) trzeba od razu jasno sobie powiedzieć, że będzie dotyczyć to naprawdę znikomej liczby dzieł, jakiejś niszy badawczo – naukowej, której działy w księgarniach nigdy nie przeżywają oblężenia.

Skąd więc ten krzyk o „komunistycznym wywłaszczeniu” do którego ma przyczynić się dyskutowana ustawa, o zamachu na prawa autorskie? Nieustająco mam wrażenie, że przysłowiowa bieda twórców w Polsce nie wynika z tzw. „piractwa komputerowego”, do czego chcą nas przekonać ozz-y, ale ze słabych warunków koncertowych, jakie oferują im kluby, niemożności przebicia się przez komercyjną ścianę do mainstreamowych mediów, co z kolei rzutuje na wysokość należnych tantiem, oraz z dość anarchonicznej dystrubucji środków zgromadzonych na kontach ozz-ów należnym twórcom. Tego ostatni wniosek, wysnułem po lekturze sprawozdań finansowych ZAiKS-u za 2011 rok, który był zmuszony opublikować na swojej stronie internetowej.

ZAiKS to w kluczowy gracz na rynku praw autorskich w Polsce, który reprezentuje 95 proc. światowej muzyki i prawie całą polską, i który rocznie z tytułu wykorzystania dzieł ściąga do swojej kasy napradę dużo pieniędzy. W 2011 roku było to aż 311 milionów złotych – mniej więcej roczny budżet około 100 – tysięcznego miasta w Polsce. W tymże roku ZAiKS wypłacił artystom nieco ponad 332 mln zł, ale na jego rachunku pozostało jeszcze kolejne 362 mln zł do podziału. Skąd te rozbieżności? Metoda działania ZAiKS w uproszczeniu wygląda tak – stowarzyszenie pobiera za artystę należne mu tantiemy (nawet jeżeli nie jest jego członkiem) i czeka na tegoż artystę, by tenże się zgłosił po swoje, kolejne 10 lat. Jeżeli się nie zgłosi, kasa przepada. Stąd też na kontach ZAiKS-u spoczywają pieniądze twórców, których ci nigdy nie odebrali, bądź też zapomnieli, albo źle wypełnili dokumenty itd.

W wyjaśnieniu dla Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które chyba zaniepokoiło się tak wysoką, nierozliczoną kwotą, ZAiKS sprecyzował, że z owych 362 mln zł, w kolejnym roku rozliczeniowym artystom zostanie wypłacone 180,4 mln zł, bo taki jest terminarz repartycyjny, a kolejne 180 mln trafi do nich po uzupełnieniu dokumentacji, pojawia się też kolejna kwota 49,7 mln zł – to z kolei „wynagrodzenia autorskie oczekujące na wypłatę uprawnionym, po dokonaniu przez nich niezbędnych czynności”.

Naprawdę niezły mętlik. Od razu jednak nasuwają się pytania. Dlaczego terminarz repartycyjny pozwala stowarzyszeniu na przesuwanie wypłaty 180 mln zł twórcom, aż o rok? Dlaczego system uzupełniania dokumentacji prowadzi do tego, że wypłata kolejnych 180 mln zł, również przesuwa się o 12 miesięcy? Dlaczego pieniądze, których po 10 latach nie odbierze nikt, nie trafiają np. na jakiś fundusz celowy wspomagający twórców, tylko rozpływają się we mgle? W tym ostatnim przypadku ZAiKS nie była nawet w stanie określić, ile takich pieniędzy pozostało na ich kontach.

Można więc postawić w kolejne pytanie. Czy w obliczu jawnej informacji, że stowarzyszenie lokuje pieniądze na krótkoterminowych depozytach bankowych z terminem zapadlności od 1 do 6 miesięcy „od ich uzyskania do czasu wypłaty uprawnionym”, powyższe terminy repartycyjne nie służą ZAiKS-owi do zarabiania pieniędzy i to właśnie na artystach? Przychody z tego tytułu w 2010 r. dału mu 47,4 mln, a w 2011 – 53 mln zł. Niemało.

Takich zestawień, które ukazują poważne luki systemu przepływu pieniędzy z praw autorskich przez ozz-y można tworzyć jeszcze wiele. Przy czym można powiedzieć, że dla takiego ZAiKS-u obecny stan jest po prostu korzystny i bliski przysłowiowego pączka w maśle, bo przecież: średnio z tantiem ZAiKS pobiera 16,3 proc. Roczne koszty utrzymania dyrekcji generalnej to 47,6 mln zł, a dyrekcji okręgowych 21,2 mln zł. Przeciętne zatrudnienie w 2010 r. to 445 osób /441,60 etatu/, w 2011 r. to 454 osoby /449,90 etatu/. Wynagrodzenia za 2011 rok wyniosły 55,3 mln zł. Daje to średnią na pracownika ponad 10 tys. zł miesięcznie. O czyje dobro z takim zacięciem walczy więc ZAiKS?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *