Gdy w powszechnym użytku znalazła się kaseta magnetofonowa, wieszczono upadek kultury, która miała paść pod zlewem tysięcy nielegalnych kopii. Nic takiego się nie stało. Teraz kultura ma upaść w potopie cyfrowych plików. Teza ta będzie trwać dopóki, dopóty ktoś nie zauważy, jak bardzo zmieniła się mentalność dzisiejszych odbiorców sztuki.
W USA zapadł ciekawy wyrok dotycząc serwisu ReDigi, który zajmuje się pośrednictwem w sprzedaży wtórnej plików mp3. Otóż sąd doszedł do wniosku, iż sprzedaż taka jest sprzeczna z prawem, gdyż faktycznie nie istnieje żaden namacalny dowód świadczący, by sprzedany plik zniknął jednocześnie z komputera sprzedającego. W związku z czym nie ma tu zastosowania tzw. „doktryna pierwszej sprzedaży”, czy też „wyczerpania prawa”, która zakłada możliwość sprzedaży nabytej rzeczy bez zgody autora, co wiąże się jednak z fizycznym przeniesieniem własności owej rzeczy na rzecz nabywcy. Amerykański sąd poszedł mniej więcej tą droga rozumowania. Działalność ReDigi byłaby zgodna z prawem, gdyby ich użytkownicy sprzedawali pliki razem z nośnikami na których się znajdują, np. dyskami twardymi, bądź odtwarzaczami mp3 – stwierdził.
Czytając o tym wyroku od razu przypomniało mi się określenie wirtualnego świata przez założycieli „The Pirate Bay”, jednej z najpopularniejszych wyszukiwarek torrentowych na świecie (tak przy okazji, właśnie przeniosła się do Islandii). W przeciwieństwie do tradycyjnego pojmowania wirtualu, według którego to, co dzieje po drugiej stronie ekranu jest cyfrowe, nienamacalne, a więc nierealne i nierzeczywiste, stwierdzili oni, że rzecz ma się zupełnie inaczej i wynaleźli określenie „Away from keyboard”. Jest więc świat przy klawiaturze, i świat poza klawiaturą. Funkcjonują na tej samej równorzędnej płaszczyźnie, bo oba są przecież kształtowane przez nas. Nie ma świata gorszego, wirtualnego, który jest mniej doskonały i stwarza zagrożenie odrealnienia, czy też wejścia w inną rzeczywistość, czym przecież doskonale straszono nas w „Sali samobójców”.
Przyjmując myślenie założycieli „The Pirate Bay” można wysnuć więc wniosek, że dla pokolenia cyfrowego problem, doktryny pierwszej sprzedaży, po prostu nie istnieje. Sprzedawany plik mp3 jest dla nich rzeczywisty, bez względu na to, czy przesyłany jest pocztą e-mail, czy jest na jakimś nośniku, czy wysyłany jest właśnie na kartę pamięci w telefonie. W opcji tradycyjnej jest wirtualny, bo nie można go dotknąć. Problem funkcjonuje jednak raczej w sferze mentalnej. Dzięki niemu rodzą się zresztą ciekawe interpretacje dotyczące sprzedaży plików mp3 – np. ta, według której sklep z mp3 nie sprzedaje piosenki, lecz licencję na jej odtwarzanie. To też jest wynik przełożenia „doktryny pierwszej sprzedaży” na cyfrowe czasy, oczywiście w tym przypadku z korzyścią dla sprzedającego sklepu.
Ciekawe jest to, że tego rodzaju spór na tle mentalnym nie jest żadną nowością. Wybuch rock`n`rolla przecież też został przespany przez koncerny, które dopiero z kilkuletnim opóźnieniem dostrzegły w nim niekońćzace się źródło zysków. To z kolei przypisywano nowym, młodym menadżerom, rozumiejącym sedno następujących przemian, przede wszystkim społecznych.
Dziś takiego przełomu trudno jeszcze wypatrywać. Sprzedawcy wciskają nam, że najlepszym nośnikiem dźwięku jest płyta cd, która jest niezgrabna, nieporęczna, znikają z niej dane, łatwo ją stracić i zarysować. Ba, najlepiej by było, gdyby świat korzystał jeszcze z discmanów. Cyfra jest zbyt rewolucyjna. Pewnie tak jeszcze pozostanie długo. Nie tak dalej, jak wczoraj przyznano Fryderyki. I teraz zastrzegam – nie lubię zespołu „Weekend”, ale czy nie jest to skład, który jak mało który zasługiwał na tytuł „Debiutanta roku”? Który krajowy skład może pochwalić się bodjaże 60 milionami wyświetleń na youtube? Żaden. Dlaczego więc nikt nie zauważył tego sukcesu? Jest zbyt wirtualny?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *