Kiedy na oficjalnym profilu facebookowym umieszczono oświadczenie, że David Bowie zmarł zaledwie dwa dni po premierze doskonałej płyty Blackstar, świat stanął w miejscu. Nagle album – jak się okazało pożegnalny – nabrał zupełnie nowego wymiaru, zyskał pierwiastek metafizyczny, a godne odejście – bez błysków fleszy reporterów – stało się immanentną częścią (nie bójmy się tego powiedzieć) dzieła sztuki.

Bowie celowo ukrywał swoją chorobę, nagrywał Blackstar ze świadomością zbliżającego się końca, ale póki żył, nie chciał by oceniano ją przez pryzmat pożegnania ze światem i choć po 10 stycznia 2016 r. tematyka tekstów płyty stała się nagle oczywista, to przed tym feralnym dniem nikt poza najbliższymi współpracownikami Bowiego nawet nie domyślał się prawdy.

Czytaj: O kobiecie, dla której napisano jedenaście hymnów rocka.

W tym tkwi siła tego materiału, bo najciekawsze jest to, że płyta faktycznie broni się bez tego smutnego kontekstu. To najlepszy materiał Bowiego od lat, może nawet jedna z jego lepszych płyt w ogóle. Żadne odgrzewanie kotletów. Bowie z gracją otwiera nowe muzyczne drzwi, tak jak to robił od początku kariery. W tak trudnych okolicznościach nie bał się nowego wyzwania. Zaeksperymentował i wygrał. Mimo że ukazała się na początku stycznia, dla mnie “Blackstar” to płyta roku 2016 r.

Co ciekawe, album wciąż skrywa tajemnice. Parę miesięcy po wydaniu, okazało się, że po wcześniejszym naświetleniu wewnętrzna strona okładki winylowej wersji albumu świeci w ciemności niczym rozgwieżdżone niebo. Jonathan Barnbrook – projektant szaty graficznej Blackstar – w wypowiedzi dla BBC 6 potwierdził, że okładka skrywa jeszcze inne niespodzianki.

Fani natychmiast zaczęli analizować album pod każdym kątem. Okazało się między innymi, że pod wpływem światła ultrafioletowego okładkowa gwiazda intensywnie świeci na niebiesko, z kolei światło odbite od powierzchni jednej z płyt przybiera kształt lecącego ptaka. Nawet sama czcionka skrywa podobno zawoalowane odniesienia do śmiertelnej choroby. Barnbrook przyznał, że są jeszcze inne rzeczy, których fanom nie udało się dotąd odkryć. Czekamy.

Czytaj: Ile pieniędzy wydałbyś na nagranie albumu (gdybyś miał tyle, co oni)

Tymczasem na przestrzeni ostatnich miesięcy – tak trochę pół żartem, pół serio – zaczęły pojawiać się w artykułach o Bowiem (a te wciąż ukazują się często) opinie, że muzyk trzymał w ryzach całą strukturę rzeczywistości. Prześmiewczy Newsthump (taki brytyjski ASZdziennik) pisał:

„Sześć miesięcy po śmierci Davida Bowie, normalna rzeczywistość rozpada się w coraz szybszym tempie. Naukowcy doszli do wniosku, że Bowie był w jakiś sposób integralny dla działania tego, co nazywamy normalnością. W sposób, który nie został jeszcze przez nich zrozumiany. Postulują zatem przyjęcie istnienia nieznanych cząstek zwanych “Bowon”, które pomagały utrzymać wszechświat w kupie.”

Dowodem wydarzenia, które jeszcze niedawno wydawały się niemożliwe – choćby wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA. Twitter żył w wakacje podobnymi żartobliwymi opiniami (wyrażonymi m.in. przez aktora Paula Bettany).

db

 

db2

Tymczasem, jak gdyby nigdy nic, artystyczne dziedzictwo Bowiego trwa w najlepsze. Wystarczy obserwować informacje pojawiające się na jego oficjalnej stronie na facebooku. Oczywiście jednym z większych wydarzeń był musical Lazarus – ostatni projekt, nad którym pracował – jest to swego rodzaju luźna kontynuacja filmu “The Man Who Fell to Earth” z 1976 roku, w którym Bowie zagrał główną rolę. Musical wypełniony jest muzyką artysty z wszystkich etapów kariery, a niedawno ukazał się w formie dwupłytowego albumu, nagrany z udziałem całej obsady.

Co ważniejsze, we wrześniu ukazał się drugi boks z serii zawierającej albumy Bowiego z kolejnych lat kariery. Tym razem, w zestawie zatytułowanym “Who Can I Be Now”? Znajdują się płyty wydane w latach 1974-1976. I może z perspektywy przeciętnego słuchacza nie byłoby w tym nic interesującego, gdyby nie jeden bardzo istotny szczegół. W skład zestawu wchodzi album “The Gouster” – perełka, dla której warto wydać trochę więcej pieniędzy (nie ukaże się samodzielnie, dostępny jest tylko w boksie).

“The Gouster” to płyta, która miała być następcą Diamond Dogs. Została nagrana w 1974 roku i zmasterowana pod okiem Tony’ego Visconti, jednak do teraz nie ujrzała światła dziennego. Wtedy, część utworów z The Gouster muzyk zarejestrował ponownie i w takiej – zmienionej – wersji ukazały się na albumie Young Americans. Część można oficjalnie usłyszeć po raz pierwszy i niewątpliwie jako całość robi bardzo duże wrażenie – to obraz Bowiego wcielającego się w rolę szczerego białego soulmana, nie jego przesłodzona (choć też ciekawa) wersja z Young Americans.

Są również pojawiające się na całym świecie wystawy związane z twórczością muzyka, ale też koncerty grane w hołdzie Bowiemu przez największe gwiazdy. Jeszcze chyba nigdy śmierć muzyka nie przyczyniła się do tak powszechnej, globalnej celebracji życia i twórczości.

Z kolei rodzina Bowiego wystawiła niedawno w domu aukcyjnym Sotheby’s pokaźną kolekcję dzieł sztuki (m.in. prace Duchampa, Basquiata i Hirsta), a także osobistych przedmiotów zbieranych pieczołowicie przez muzyka. Podobno zostawili sobie tylko najbardziej osobiste pamiątki i dzieła o szczególnym znaczeniu emocjonalnym. Resztą postanowili – jak mówią – podzielić się ze światem, by dać innym szansę obcowania ze sztuką, którą tak cenił Bowie. Sprzedano między innymi zbudowany na zamówienie gramofon Brionvega – oczko w głowie muzyka – za niebagatelną sumę 324 tys. dolarów.

db3

Dla tych, których nie stać na kupno osobistych rarytasów muzyka, pozostaje spędzenie czasu w towarzystwie jego ulubionych płyt. Bowie w 2003 roku przejrzał swoją pokaźną kolekcję płyt winylowych i skompilował listę ulubionych (przy czym odrzucał tytuły najbardziej oczywiste w stylu Sierżanta Pieprza). Wśród albumów znalazły się między innymi The Velvet Underground & Nico (czyli legendarny album z warholowskim bananem na okładce), koncert Jamesa Browna w Apollo Theatre, klasyka minimalizmu, czyli Music for 18 Musicians Steva Reicha, Oh Yeah Charlesa Mingusa, a nawet Święto Wiosny Strawińskiego. Pełną listę można znaleźć tutaj.

A gdyby komuś nie wystarczała sama muzyka, na pewno z przyjemnością poświęci wiele miesięcy na zapoznanie się z pozycjami z listy 100 ulubionych książek Bowiego. Lista została opublikowana przez kuratorów wystawy “David Bowie Is” – Geoffreya Marsha i Viktorię Broackes. Wśród tytułów znalazły się “Mechaniczna Pomarańcza” Burgessa, “Madame Bovary “Flauberta, “Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa i “W Drodze” Kerouaca – pełna lista tutaj.

Jak widać, David Bowie jeszcze długo nie da o sobie zapomnieć.

I tego nam i wszystkim życzymy.

Źródło: The QuietusNews Thump, NMEConsequence of sound

Autor: Maciej Rodkiewicz/MiP

Fot. Materiały “Blackstar”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *